sobota, 27 czerwca 2015

Gemista, czyli wegańskie danie kuchni greckiej

Jestem megapodekscytowana, że mogę przedstawić Wam przepis na typowe danie kuchni greckiej. W końcu mieszkam w Grecji (ile? rok i 5 miesięcy), więc nie mogę zaniedbywać informowania Was o specyjałach tego kraju. Wybrałam moje ulubione danie, danie, które Grecy jedzą w lecie, doskonałe na ciepło i na zimno (możecie sobie wyobrazić, że przy 40-stopniowym upale Grecy wybierają częściej wariant na zimno). I uwaga, uwaga! To typowe danie kuchni greckiej jest daniem wegańskim (!) Dlaczego tyle wykrzykników? Każdy, kto był w Grecji, zapewne zauważył, że ten naród pochłania ogromne ilości mięsa w postaci gyrosów, souvlaków i innych. Wbrew obiegowej opinii na temat kuchni śródziemnomorskich, Grecy wcale po zdrowe rozwiązania nie sięgają i to widać na ulicach, gdzie można dostrzeć wielu otyłych ludzi. Jeśli mogę wyrazić swoją opinię, wydaje mi się, że przyczyną otyłości jest w tym kraju jedzenie mięsa w nadmiarze, lubowanie się w fast foodach oraz picie hektolitrów kawy freddo cappuccino ze skondensowanym mlekiem, które do lekkich nie należy, oraz dużą ilością cukru. Grecy oprócz tego, że piją dużo kawy, również dużo palą, także kobiety. Trochę szkoda, że, mając tak wspaniełe warzywa wyrosłe w słoneczku, wybierają tłuste mięsiwo. Dlatego też dziwi mnie, że gemista, bo o niej mowa (będę o niej mówić w rodzaju żeńskim, bo to, co najlepsze jest tegoż rodzaju ;) ), jest całkowicie wolna od mięsa, co więcej jest w 100% wykonana z produktów pochodzenia roślinnego i warzyw. I jest tutaj w Grecji bardzo popularna, choć pewnie bardziej w domowym gotowaniu, ponieważ nie w każdej tawernie można ją dostać (w sezonie oczywiście, bo, jak już wspomniałam, jest daniem letnim), a mięso grillowane można dostać w każdej. Jeżeli umknął Wam post na temat greckiej kuchni, możecie go przeczytać TU
W każdym razie ukłon w stronę Greków za stworzenie i kultywowanie tego przepisu. Gemista (wymawia się jemista) są to, konkretniej mówiąc, warzywa faszerowane. Faszeruje się tu jednak najczęściej pomidory i zielone papryki, a także bakłażany i cukinie. Podobno jednak faszerowanie bakłażanów i cukinii totalnie zmienia przepis, więc nie radzę Wam próbować zamieniać warzyw podanych w moim przepisie na inne. Nie faszeruje się jednak papryki w sposób znany nam w Polsce. Moja mama np. robiła paprykę faszerowaną z farszem z mięsa mielonego i ryżu, podobnym, a może i tym samym jak ten, którym wypełnia się gołąbki. Ten przepis jest w całości wegetariański, choć ponoć na północy Grecji również używa się mięsa mielonego. Ale ponieważ cenię sobie tradycję oraz dietę bezmięsną (choć nie jestem wegetarianką), przedstawię przepis w jego czystej postaci ;)
Danie jest niskokaloryczne, mimo dużej ilości użytej oliwy, głównie dlatego, że większość oliwy pozostaje jednak w naczyniu żaroodpornym czy brytfance. Same składniki są chyba zbiorem najmniej kalorycznych produktów możliwie, choćby papryka, której używa się w jej odmianie zielonej, czyli najmniej kalorycznej. To co? Powiedziałam już wszystko? Ah, to danie jest również niskobudżetowe. Teraz już przejdźmy do przepisu.



Składniki na 4 porcje:

4 większe pomidory
4 zielone papryki, raczej takie, które mogą "ustać" w pozycji pionowej
2 duże ziemniaki pokrojone w ćwiartki
1 duża cebula pokrojona w plastry
2 ząbki czosnku
pół małego bakłażana obranego ze skórki i pokrojonego w dużą kostkę
8 łyżek surowego ryżu o krótkich ziarnach (basmati nie nadaje się do tego dania), co daje 100g, zasada jest taka: łyżka na warzywo
garść natki pietruszki
7 liści świeżej mięty
80ml oliwy z oliwek do farszu
180ml oliwy z oliwek do pieczenia w piekarniku
pieprz i sól

Wykonanie:

Przygotowanie warzyw do momentu włożenia ich do piekarnika zajęło mi ok. godziny, ale myślę, że dlatego, że robiłam to danie pierwszy raz. Trochę zajmuje prawidłowe opróżnienie warzyw. Pieczemy całość w piekarniku ponad godzinę, więc danie jest dość czasochłonne.
1. Zaczynamy od umycia pomidorów i papryki zielonej. Odcinamy górną część pomidora od strony zielonych listków, aby utworzyć coś w rodzaju pokrywki/wieczka. Środek pomidora wydłubujemy ostrą łyżką, uważając by nie uszkodzić ścianek pomidora. Wnętrzności pomidora zbieramy w dużej misce. Pomidory oprószamy solą i odwracamy do góry nogami, pozostawiając je na formie, na której będziemy je piec. Uwaga! Pamiętaj, aby ustawić pomidory blisko ich "wieczek", tak aby wieczka się nie pomyliły.
2. Przechodzimy do papryki. Odcinamy górę, która ma tworzyć wieczko. Wydłubujemy wnętrzności i pestki papryk. Oprószamy solą i dodajemy do pomidorów, również uważając, aby nie pomylić wieczek.
3. Do blendera/procesora wsypujemy: wnętrzności pomidorów, bakłażana, cebulę, nać pietruszki, liście mięty. Zblenduj przez krótką chwilę, ale nie za bardzo, nie chcemy jednolitej papki. To ma byc farsz naszych warzyw.
4. Zawartość blendera przełóż z powrotem do miski, w której były pomidory. Dodaj do nich oliwę z oliwek, czosnek i ryż. Wymieszaj i dopraw solą i pieprzem do smaku.
5. Odwróć pomidory i papryki otworem do góry i wypełnij je farszem z miski. Nie wypełniaj jednak do pełna, ponieważ przy pieczeniu farsz zwiększy swoją objętość (ryż będzie się gotował).  Zostaw 1cm od góry. Przykryj warzywa odpowiadającymi im pokrywkami.

Tak należy napełniać warzywa :)

6. W puste przestrzenie formy/naczynia żaroodpornego włóż ziemniaki. Polej całość oliwą z oliwek, posyp solą i włóż do piekarnika na środkową półkę.

Gemista tuż przed włożeniem do piekarnika

7. Piecz przez ok. 1 godzinę i 10 min. w temperaturze 200 stopni Celsjusza do czasu, aż ziemniaki się upieką. Ziemniaki pieką się najdłużej, więc jeśli one są gotowe, znaczy, że całość też. 

Wskazówki: 
* do wykonania dobrej gemisty konieczne jest użycie dobrej jakości warzyw, najlepiej oczywiście organicznych. Nie wykonuj zatem tego dania w zimie, ale kiedy warzywa potrzebne do jego wykonania są w sezonie.
* nie bójmy się użyć dużej ilości oliwy, inaczej danie może wyjść suche, a idealna gemista ma rozpływać się w ustach.
* niech nas nie kusi, aby podgotowywać ryż ;)

Kali oreksi! Smacznego!

czwartek, 11 czerwca 2015

Tradycyjny przepis na chłodnik litewski

Na tym blogu po prostu musiał się znaleźć przepis na danie kuchni litewskiej. Biję się w pierś, że tak późno. Z Litwą wiąże mnie cudowne 5 miesięcy mojego pobytu w Kownie w ramach programu studenckiego Erasmus. To było w 2008 roku. Na Litwie poznałam ukrytego co-autora tego bloga :) Dwa najsłynniejsze dania kuchni litewskiej to tzw. różowa zupa, czyli chłodnik właśnie (po litewsku šaltibarščiai, czyli zimny barszcz) i cepeliny. Ponieważ mój blog ma też ambicję promowania zdrowego odżywiania wybieram zupę, która jakby nie patrzeć zaprzecza stereotypom, jakoby kuchnie wschodnioeuropejskie były ciężkie i tłuste. Poza tym chłodnik przewspaniale pasuje do klimatu Grecji i na pewno będzie świetną propozycją na lunch dla osób, które jak ja przebywają w ciepłych krajach :) Same zdrowe i lekkie składniki: kefir, buraki, ogórek, koperek, jajka. Wegetarianie, coś dla Was! O przepis poprosiłam Litwinów z krwi i kości i tenże prezentowany jest w moim posiadaniu dzięki wspaniałomyślności mojej znajomej Zity. Zita zgodziła się na jego publikację, za co bardzo dziękuję :)


Składniki:

500g ugotowanych buraczków (mogą być marynowane w occie lub świeże)
1 duży (ogromny) ogórek lub 2 mniejsze
koperek
szczypiorek
1l kefiru
1-2 jajka na osobę (w zależności od preferencji)
sól i pieprz do smaku
1 duży ziemniak na osobę

Wykonanie:

Ja użyłam gotowych buraczków w occie ze słoika. Na początku należy zetrzeć na tarce o małych oczkach buraki i ogórka. Następnie siekamy koperek i szczypiorek. Starte buraki, ogórek, szczypiorek i koper zalewamy kefirem i dokładnie mieszamy. Doprawiamy na koniec solą i pieprzem do smaku, jeśli użyte zostały świeże buraki, należy również doprawić octem. Gotujemy na twardo po 1-2 jajka na osobę. Następnie siekamy je w kostkę, ja wymieszałam jajka z chłodnikiem dopiero na talerzu, ale można je również wrzucić pokrojone do garnka i wymieszać. Chłodnik serwujemy z ugotowanym ziemniakiem, którego podajemy na osobnym talerzyku. Smaczna, lekka zupa w sam raz na letnie upały. Smacznego!

czwartek, 14 maja 2015

Sałatka z ryżem i tuńczykiem

Ach, mam dziś jakiś bardzo produktywny blogowo dzień. Postanowiłam napisać jeszcze jeden wpis, ponieważ mam takie postanowienie stopniowo ujawniać światu przepisy z mojego tajnego zeszytu. Zawiera on przepisy na dania, które w moim rodzinnym domu się pojawiają. Ta sałatka nie jest akurat wymysłem mojej mamy, tylko moim i to dzięki mnie zaczęła na naszym stole gościć. Z przepisem zaznajomiła mnie moja współlokatorka, a teraz dobra przyjaciółka, w czasach studenckich. Jednakowoż sałatka z tuńczykiem gościła w moim domu rodzinnym już wcześniej za sprawą mojej cioci, która zawsze przywoziła ją w święta, nie pamiętam jednak, jakie dokładnie składniki się na nią składały, na pewno przepis był inny. Jest to jedna z opcji z gatunku naszych polskich sałatek z majonezem. Kiedyś chyba pisałam przy okazji posta o sałatce jarzynowej, że mamy do wyboru kilka w naszym rodzinnym menu. Tak, i wówczas wspomniałam też i o tej. Wybór zazwyczaj jest dokonywany pomiędzy 8 różnymi rodzajami sałatki z majonezem. Udało mi się już opublikować przepisy na dwie z nich: sałatkę jarzynową i sałatkę meksykańską, to będzie trzeci przepis. Zapraszam do zapoznania się z nim. Nie będzie dietetycznie (za sprawą majonezu), ale będzie SMACZNIE. Wyliczyłam, że całość ma w sumie 1300kcal, ale przecież nie jemy całej miski. Z takiej ilości otrzymujemy ok. 5 porcji, a więc jedna porcja ma tylko 260 kcal!



Składniki:

  • 2 puszki dobrego tuńczyka w oliwie z oliwek (z naciskiem na dobrego, w sałatce, której podstawą smaku jest tuńczyk, jego jakość jest ogromnie ważna, polecam Rio Mare)
  • 200g ryżu
  • 1 puszka kukurydzy
  • pół większej cebuli
  • 3 czubate łyżki majonezu
  • pieprz czarny

Wykonanie:

Zaczynamy od ugotowania ryżu w osolonej wodzie zgodnie z instrukcją na opakowaniu. Po ugotowaniu i odsączeniu ryżu na durszlaku, studzimy ryż aż będzie całkowicie zimny. Cebulę kroimy drobno. Po wystudzeniu ryżu łączymy go z cebulą, rozdrobnionym tuńczykiem i kukurydzą. Dodajemy do całości 3 solidne łyżki majonezu i dokładnie mieszamy wszystkie składniki. Na koniec posypujemy świeżo zmielonym pieprzem. Schłodzić przez podaniem. Smacznego!


Pina colada smoothie

Kocham smoothies. Muszą się więc na blogu pojawić. Dzisiaj przygotowałam bardzo smaczne pina colada smoothie, inspirowane składnikami z tego znanego koktajlu. Świetnie nadaje się takie smoothie na śniadanie lub na drugie śniadanie. Dostępne są teraz na rynku blendery specjalnie do robienia smoothies i zabierania ich ze sobą do szkoły/pracy/na spacer, mają bowiem pokrywkę do pojemnika, w którym proces mieszania zachodzi. Pojawiły się również słoiki do smoothies właśnie, mają pokrywkę i słomkę, dzięki czemu umożliwiają nam zabranie smoothie do autobusu np., bo można go pić i nam się nie wychlapie. Rozważam zakup takiego słoika jako prezent na urodziny mojej drugiej połówki, które już jutro (!).
Łapię się na tym, że brakuje mi pomysłów na smoothies. Lubię bardzo połączenie truskawka/banan plus jakieś mleko roślinne (migdałowe np.), ale chciałabym poeksperymentować z innymi smakami. Jeśli ktoś ma przepis na jakieś pyszne smoothie, proszę podzielcie się :) Modne i zdrowe są też tzw. green smoothies. Przyznam, że nie próbowałam i mam lekkie obawy, że właściwości zdrowotne takiegoż nie idą w parze ze smakiem. Jeśli jednak chcesz mnie przekonać, że wcale tak nie musi być, proszę bardzo! Przepis na megasmaczne zielone smoothie będzie więcej niż mile widziany ;)
A teraz już pina colada smoothie. 


Składniki na 2 duże szklanki:

  • 1 ananas
  • 1 banan
  • 1 łyżeczka brązowego cukru
  • ok. 125 ml mleczka kokosowego
  • odrobina soku z cytryny

Wykonanie:

Najkrótszy przepis życia ;) Ananasa i banana obieramy ze skórki i kroimy na mniejsze cząstki. Wszystkie składniki miksujemy w blenderze. Schładzamy przed wypiciem. Pycha! Smacznego

sobota, 2 maja 2015

Moje podejście do odżywiania

Postanowiłam napisać, jak podchodzę do tematu odżywiania siebie i moich bliskich (mały jeszcze na razie pije mleko, ale już niedługo pozna nowe smaki). Pewnie się domyślacie, że aby prowadzić bloga o takiej tematyce, trzeba być jedzeniowym maniakiem. I ja właśnie nim jestem. Dużo czasu poświęcam myśleniu o tym, co zjeść. Ale myślę, że nie jestem w tym jakimś odosobnionym przypadkiem, wystarczy tylko wejść na różne portale społecznościowe czy aplikacje, aż roi się tam od zdjęć tego, co dzisiaj zjadłam na obiad, śniadanie czy deser. Trochę to płytkie, aczkolwiek dobitnie świadczy o tym, jak ważne jest dla nas jedzenie. Ja też często publikuję gdzieś w sieci zdjęcia swojego posiłku, zwłaszcza jeśli jest szczególnie udany. Chcę uwiecznić go zanim zniknie w czeluściach :) 
Jeśli chodzi o to, w jaki sposób się odżywiam, to powiem tak: staram się zdrowo. W dzisiejszych czasach mamy wielki boom na zdrowe odżywianie i fitness. I dobrze. Jest też dużo szumu wokół tzw. organicznego jedzenia. W pewnym momencie ludzie sobie przypomnieli, że należy po prostu jeść to, co wyrosło/wyhodowało się. Trochę to dziwne. Wydaje się oczywiste, a okazało się, że trzeba ludziom o tym przypominać. Zabrnęliśmy za daleko w sztucznym napędzaniu naszego jedzenia, żeby rosło szybciej, większe i żeby przynosiło zyski. Jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. No bo zachodzę w głowę, jakim cudem trzeba nam teraz płacić więcej, żeby zjeść to, co po prostu wyrosło siłami natury.
Ja nie zaopatruję się w produkty spożywcze w sklepach bio. Nie wybieram też produktów ze specjalnych półek z jedzeniem organicznym, gdzie za pomidory w puszce muszę zapłacić ponad 2 euro, a normalnie ok.1. Może dlatego, że aż tak nie ufam temu, że to jest faktycznie takie bio i że jest dużo lepsze od tego nie bio. Nie wiem. Staram się większość swojego jedzenia robić sama, żeby wiedzieć, co jem. Ale nie wszystko oczywiście robię sama: chleb czy makaron kupuję, a tam też jest duże pole do wmanewrowania czegoś chemicznego. Ostatnio dojrzewam do tego, aby zacząć piec sobie chleb, ale na pewno nie dam rady na bieżąco piec dla siebie. Brak czasu na takie rzeczy niestety. Nie mogę być w 100% pewna, że jem samo zdrowie. Ale przynajmniej staram się, żeby było zdrowo i śledzę różnego typu publikacje na temat zdrowego odżywiania. Właściwie jest teraz tego tyle, że nie możemy zwalać winy na naszą niewiedzę na temat tego, co wybierać. Ja osobiście wiem doskonale, co się kwalifikuje do kategorii "jedz to, bo to zdrowe", a co do kategorii "be". I staram się, idąc do supermarketu, wybierać produkty do tej pierwszej kategorii należące. Wiadomo, jak nie będziesz mieć w domu niezdrowego jedzenia, nie będziesz go jeść.
A zatem. Jakich zasad się trzymam:

1. Jedz owoce i warzywa

Tutaj dużo pisać nie trzeba. Po prostu idąc na zakupy, wkładam do koszyka różnorodne owoce i warzywa, przestrzegając jednak tego, które z nich są w sezonie, żeby nie jeść sztucznie hodowanych. Jeśli włożysz do koszyka banana, a nie chipsy, w chwili gdy dopadnie cię głód, sięgniesz po banana, a nie po chipsy. As simple as that. Niestety nie mogę w mieście sadzić dla siebie warzyw i owoców, choć Francesco posadził ostatnio swoje najukochańsze warzywo w doniczce. Mówię o chilli. Jedzenie owoców i warzyw nie sprawia mi problemu, bo lubię je wszystkie, oczywiście jedne bardziej, drugie mniej, ale czasami jest to kwestia przyrządzenia. Absolutnie kocham smak truskawek i borówek (moje najulubieńsze owoce!), wiśni, białych winogron, pomarańczy. Jeśli chodzi o warzywa moje ukochane to: pomidory (wiem, wiem, to owoce, występują jednak w roli warzyw), papryka, marchewka i oczywiście ziemniak (ci, którzy są ze mną na codzień, wiedzą, że jestem absolutnym maniakiem ziemniaczanym i mogę je jeść o każdej porze i w każdej postaci). Bardzo lubię też rośliny strączkowe i kapary. W Grecji jest to bardzo fajnie urządzone w miastach, w wyznaczony dzień tygodnia w każdej dzielnicy na danej ulicy ma miejsce targ warzywny, owocowy i rybny, gdzie swoimi produktami handlują rolnicy. Właściwie gdziekolwiek nie mieszkałam, zawsze miałam ten targ blisko, kilka ulic dalej. Chyba nie muszę pisać, że te warzywa i te owoce są najlepsze.

2. Zajadaj dużo zielonych liści

To będzie właściwie kontynuacja punktu pierwszego, wszak sałaty zaliczają się do warzyw. Jednakowoż chciałam podkreślić, że od jakiegoś czasu wyrobiłam sobie, idąc za przykładem szacownej teściowej, nawyk jedzenia sałat po obiedzie (jeśli obiadu nie stanowi jakaś sałatka) i po kolacji. Jest to obyczaj typowy dla włoskiej kuchni. Dlaczego? Zielone liście obfitują w wiele cennych składników, takich jak: witamina C, witamina A, kwas foliowy, potas, magnez, wapń, mniejsze ilości witaminy E oraz witamin z grupy B oraz antyoksydanty. I tu znowu staram się nie kupować gotowych miksów, ale kupić powiedzmy 3 rodzaje liści i je własnoręcznie umyć, osuszyć i podrzeć. Bardzo ładnie wizualnie prezentuje się połączenie jakiejś purpurowej sałaty jak np. cykoria czy sałaty dębolistnej z zieloną, plus do tego obowiązkowo moja ukochana rukola. Często mieszam również świeży szpinak. Tak przygotowany miks, posypujemy solą (my używamy różowej soli z Himalajów), a następnie skrapiamy octem (balsamicznym, winnym lub jabłkowym) i oliwą z oliwek. 

3. Trzymaj się z daleka od soków i napojów w kartonach oraz napojów gazowanych

Nie piję w ogóle powyżej wymienionych. Soki owocowe nie mają z owocem nic wspólnego, za to z cukrem wiele. Spożywając taki sok, możemy wyczerpać swój tygodniowy limit spożycia cukru. Mówię również o coca coli. Piję tylko i wyłącznie wodę mineralną (z konieczności niegazowaną, ponieważ w Grecji nie ma wód gazowanych, i tęsknię za naszą Muszynianką), herbatę czarną i zieloną, herbaty ziołowe (moje ulubione to melisa i rumianek), kawę (1 moka dziennie) i soki świeżo wyciskane z owoców. Jeżeli chodzi o wyciskanie soków mamy w domu wyciskarkę do owoców cytrusowych, marzy mi się jednak taki prawdziwy sokownik. Kiedyś u koleżanki piłam przepyszny sok wyciśnięty z marchwi, jabłka i jakiegoś jeszcze owocu - wspaniały! Jeśli mowa o dopajaniu, wspomnę, że uwielbiam tzw. smoothies. Z racji tego, że mój Francesco nie toleruje mleka krowiego, a żeby i jego do smoothies przekonać, zaczęłam używać mleka migdałowego. Mam jeszcze zamiar wypróbować mleko sojowe i kokosowe, do tej pory nigdy nie miałam przyjemności. 

4. Wybieraj produkty zdrowe

Brzmi jak ogólnik, ale wiadomo, o co chodzi. Pisałam już o tym na wstępie. Mamy obecnie ogromną bazę wiedzy na temat tego, co zdrowe, a co nie. Mówiąc zdrowe, mam w tym momencie na myśli produkty, których wartości odżywcze zostały zbadane naukowo i określone jako dobroczynne dla naszego organizmu. Staram się sięgać po nie, tak więc wybieram np. kasze, ryż brązowy, owoce, warzywa, nabiał, chude wędliny, chude mięso, ryby, pieczywo wieloziarniste, czy też produkty z listy tzw. superfoods: jagody goji, borówki czy awokado. 



Z wieloma z tych produktów mam problem, jak np. z awokado czy z kaszami, bo nie wiem, jak je przyrządzać, ale wówczas szukam w internecie przepisów i staram się je wprowadzać do swojego jadłospisu. Pod to hasło podpięłabym również fakt poszerzania przeze mnie wiedzy na temat wartości odżywczych oraz kalorycznych poszczególnych produktów. Wartości odżywcze dopasowuję do swojej kondycji w danym momencie oraz zgodnie z zaleceniami lekarza. Z racji tego, że tracę dużo białka wraz z moczem, muszę jeść dużo produktów bogatych w białko, jak kurczak, jajka, nabiał, strączkowce czy kasze. Ciąża przyczyniła się do wystąpienia u mnie anemii, dlatego starałam się jeść produkty bogate w żelazo.
Nie znaczy jednak, że jem tylko i wyłącznie pumpernikiel i ryż brązowy. Owszem bardzo często jem białe pieczywo i biały ryż, bo je po prostu lubię. Pewnych rzeczy nie umiem się wyrzec ze względu na to, że kocham ich smak. Nie jestem maniakiem czekolady i słodyczy, problematyczne są dla mnie inne produkty z tej "złej listy". Na przykład uwielbiam boczek i jego smak i to, co z jego użyciem się robi. Dlatego więc robię sobie jajecznicę na boczku czy też wcinam carbonarę. Moje podejście jest takie, że dla smaku czasem można sobie pofolgować. Jeśli staramy się jeść zdrowo i chudo, sporadycznie można wpleść w to coś, co nie jest już aż takie zdrowe czy lekkie, jeśli to lubimy. W końcu jedzenie to jedna z największych przyjemności w życiu :)

5. Staraj się przyrządzać swoje posiłki, ale jeśli nie możesz, zamawiaj z głową

Myślę, że dużą częścia zdrowego odżywiania jest przygotowywanie samemu swoich posiłków od początku do końca. Jeżeli jednak stanie się tak, że nie mamy na to czasu i musimy skorzystać z jedzenia na wynos lub na telefon, wybierajmy z głową. My często zamawiamy albo pizzę albo chińskie jedzenie. Jedno i drugie z w miarę pewnego źródła, jedzenie wydaje się robione ze świeżych składników. Myślę, że jeśli mamy do wyboru pizzę i hamburgera czy gyros, pizza jest tu lepszą opcją. W zdrowym odżywianiu chodzi o nasze wybory przede wszystkim.

Na chwilę obecną zdaje mi się, że wyczerpałam temat. Chętnie usłyszę Wasze opinie na temat zdrowego odżywiania i komentarze do mojego wywodu.

czwartek, 30 kwietnia 2015

Gulasz cielęcy z kaszą gryczaną

Po prostu muszę samą siebie pochwalić. Udało mi się ugotować mój pierwszy gulasz w życiu, sama obmyśliłam, jak go ugotuję i w dodatku wyszedł mi przepyszny! Jak to się w ogóle stało, że chciałam gotować gulasz? Otóż Ci, którzy śledzą fanpage tego bloga na facebooku, wiedzą, że mam ostatnio mocne postanowienie wprowadzenia do swojego jadłospisu różnego rodzaju kasz. Udałam się do sklepu rosyjskiego w celu zakupienia tychże, bo w greckich supermarketach nie można dostać kaszy. Wróciłam z pożądanym zakupem: z kaszą jaglaną i kaszą gryczaną. I tu zaczął się dla mnie kłopot. Niby jedzenie kasz jest takie typowo polskie i wschodnioeuropejskie, ale u mnie w domu rodzinnym, podobnie jak pierogów, nie gotowało się kasz. Mama gotuje jedynie krupnik z kaszy pęczaku i mamy w domu kaszę jęczmienną od czasu do czasu, ale nie używa jej się jakoś często. Kaszy jaglanej ani kaszy gryczanej moja mama nie gotuje w ogóle. Wobec tego musiałam zacząć dość intensywnie przeszukiwać sieć w poszukiwaniu przepisów, które pozwoliłyby mi zrobić użytek z zakupionych produktów. Najpierw przyrządziłam kaszę jaglaną na sposób meksykański według przepisu z blogu Kaszomania i bardzo mi smakowało to danie. Na pewno będę jeszcze nie raz je robić i Wam je również bardzo polecam. Wklejam link do przepisu na kaszę jaglaną po meksykańsku i ogólnie polecam tego bloga, bo jest bardzo sensowny i pełen dobrych pomysłów na użycie kaszy jaglanej. 
W taki oto sposób jaglankę odhaczyłam. No to teraz co zrobić z kaszy gryczanej? Przyszło mi do głowy, że znajomi często mówili, że kasza gryczana dobrze smakuje z gulaszem, szybko jednak otrząsnęłam się z tej myśli, bo jak to gulasz, przecież jest za trudny dla mnie. Jednak zaczęłam szukać przepisów i znalazłam kilka, którymi się zainspirowałam. Postanowiłam jednak do swojego pierwszego gulaszu dodać pieczarki, pomyślałam, że nadadzą wyrazistości i smaku. Zakupiłam w supermarkecie piękną porcję mięsa cielęcego, na które patrzyłam z podziwem (wegetarianie już mnie nie lubią) i modliłam się w duchu, żeby nie zepsuć tego mięsa moim eksperymentem. Kiedy zaczęłam siekać składniki, moja włoska druga połowa zapytała mnie: "Gotujesz gulasz polski czy węgierski?". Odpowiedziałam: "To będzie fusion".
Wyszło wspaniale. Nie spodziewałam się tak dobrego efektu, który uzyskałam właściwie tylko dzięki swoim pomysłom. Z radością i nieśmiałością stwierdzam, że zaczynam nabierać pewnego instynktu w gotowaniu. I zaczyna mi się to podobać. Na potwierdzenie, że wyszło naprawdę pysznie dodam, że mój, do tej pory jedyny kucharz w rodzinie, zjadł 3 porcje. Kaszę gryczaną jadł wczoraj pierwszy raz w życiu i nie mógł się nadziwić, co to jest. Wyszukałam mu nawet w wikipedii info dotyczące gryki, ale dalej niewiele ma wyobrażenia na temat tego, co właściwie z takim smakiem zajadał. Najważniejsze, że próba wprowadzenia kasz na nasz stół zakończyła się 100% sukcesem. Mogę zatem kontynuować tym tropem :) Przedstawiam Wam mój autorski przepis, z którego jestem dumna niezmiernie.

Gulasz cielęcy z kaszą gryczaną


Składniki na 5 dużych porcji:


  • 70 dag cielęciny
  • 1 marchewka
  • 2 cebule
  • 1 mały seler
  • 1 papryka czerwona i 1 żółta
  • 6 pieczarek
  • 3 czubate łyżki mąki
  • oliwa z oliwek do podsmażania
  • przyprawy: sól, pieprz, papryka słodka, chilli w proszku, 3 listki laurowe, ok. 5-6 ziarenek ziela angielskiego
  • kasza gryczana

Wykonanie:

Wykonanie najlepiej rozpocząć od umycia, obrania i pokrojenia wszystkich składników. 
1. Pieczarki myjemy i kroimy w plasterki, 
2. Cebule obieramy i drobno kroimy, 
3. Papryki myjemy i usuwamy z nich gniazda nasienne, a następnie kroimy w kosteczkę, 
4. Marchew i selera po obraniu trzemy na tarce o dużych oczkach,
5. Mięso myjemy pod strumieniem zimnej wody, a następnie kroimy w dużą kostkę
Kiedy wszystko jest pokrojone, łatwiej kontrolować przebieg gotowania i można się skupić na poszczególnych etapach tworzenia. Zaczynamy od rozgrzania niewielkiej ilości oliwy na patelni. Wrzucamy do niej cebulę i szklimy. Połowę cebuli wykładamy na talerz, a następnie do pozostałej na patelni cebuli dodajemy pieczarki. Podsmażamy pieczarki, mieszając energicznie. Po jakimś czasie dodałam odrobinę wody, żeby pieczarki się nie spaliły. Kiedy pieczarki są już podsmażone, wykładamy je na talerz, gdzie już poprzednio umieściliśmy zeszkloną cebulę. Na tą patelnię dolewamy trochę oliwy i przesmażamy przez ok. 2 minuty mięso. Następnie mięso przekładamy do garnka i zalewamy je wodą tak, żeby woda pokryła mięso. Dodajemy startą marchew i selera, papryki oraz pieczarki z cebulą. Dolewamy wody, aby pokryć całość. Teraz jest moment, kiedy dodajemy wszystkie przyprawy. Gotujemy na małym ogniu aż mięso będzie miękkie, mieszając co jakiś czas. Kiedy w garnku wygotuje się spora ilość wody, a mięso będzie już miękkie i gotowe do spożycia, zaprawiamy gulasz następujących roztworem: w 0,5l wody mieszamy 3 czubate łyżki mąki i wlewamy do naszego gulaszu. Mieszamy całość i gotujemy jeszcze przez chwilę, mieszając raz po raz. Gulasz ma teraz piękną lekko gęstą konsystencję i można zdjąć go z gazu i zająć się gotowaniem kaszy gryczanej (jeśli nie zrobiliśmy tego w tzw. międzyczasie).
Kaszę gryczaną gotowałam według instrukcji na opakowaniu. Na nas dwoje użyłam 200g kaszy i ok. 700ml wody. Wyszło z tego dość dużo kaszy, ale my to za jednym posiedzeniem zjedliśmy, bo było takie dobre ;) Instrukcja mówiła, że kaszę należy przykryć i gotować przez 15 min., nie zdejmując pokrywki. Warto jednak od czasu do czasu zajrzeć, czy woda się nie wygotowała całkowicie, bo w zależności od mocy naszej kuchenki czasem gotowanie może być bardziej intensywne i możemy spalić garnek, a kaszy nie ugotować do końca. Po 15 min. kasza wchłonęła pięknie wodę i była miękka, sypka i gotowa do spożycia.

piątek, 17 kwietnia 2015

Bomba proteinowo-błonnikowa - mesciua

Po tym wpisie zaczną mnie bardzo lubić weganie, bo wegetarianie chyba już powinni mnie lubić od jakiegoś czasu :) Na 27 przepisów aż 15 to przepisy odpowiednie dla wegetarian. To więcej niż połowa. A to za sprawą tego, że ja jakoś dużo mięsa nie jem, aczkolwiek chyba nie umiałabym całkowicie powiedzieć mu żegnaj. Główni winowajcy to włoskie prosciutto crudo (chyba szynka w ogóle), nasza kiełbasa polska i pyszne dania rodzime, które się z mięsem czy kiełbasą robi, a które uwielbiam, jak fasolka po bretońsku, gołąbki czy bigos. Bardzo lubię też ryby i owoce morza. No nie, chyba nigdy nie uda mi się przejść na wegetarianizm. Byłoby to bardzo sztuczne, bo jadąc do Polski, nie oparłabym się kuchni mojej mamy. Mam chyba za mało ideologicznej motywacji, a za dużo ciągot smakosza dobrego jedzenia :)
Dziś proponuję Wam wykonanie dania, które poznałam dzięki mojej drugiej połowie. Jest to danie, powiedzmy, chłopskie, proste i bazujące na tym, co akurat na polu urosło. Można powiedzieć, że jest to zupa, ale to zależy od tego, ile wody dodamy. Jej pochodzenie to oczywiście Liguria, region na północy Włoch. Wdzięczna nazwa tejże to mesciua. Samo słowo "mesciua" (wymawiane mesiua) wywodzi się z dialektu liguryjskiego. Do jej wykonania potrzebujemy tylko 3 składników, do przyprawienia kolejnych 3. Jest to świetna propozycja dla wegetarian i weganów, ponieważ jedna porcja tego dania dostarcza dużo białka. Dodatkowo zawiera błonnik, dzięki czemu jest zdrowe i przyspiesza nasz metabolizm. 



Składniki na ogromny garnek tej zupy:


  • 350g suchej cieciorki
  • 450g mrożonej fasoli borlotti (lub jakiejkolwiek innej odmiany)
  • 250g ziaren pszenicy (myślę, że kasza gryczana byłaby tutaj dobrym zamiennikiem)
  • sól
  • oliwa z oliwek
  • pieprz czarny świeżo mielony
  • opcjonalnie parmezan

Wykonanie:

1. Cieciorkę i pszenicę moczymy w wodzie przez noc. Mówiąc pszenica, naprawdę mam na myśli ziarna tego zboża, które są tutaj w Grecji do kupienia w supermarketach, a wyglądają jak na zdjęciu poniżej.


2. Cieciorkę i pszenicę zalewamy wodą i gotujemy do miękkości. 
3. Kiedy cieciorka i pszenica są miękkie, dodajemy mrożoną fasolkę i całość jeszcze gotujemy aż fasolka będzie ugotowana.
4. Pod koniec gotowania doprawiamy solą.

I gotowe. Przekładamy zupę na talerze. Ale to nie wszystko. Sekret wyjątkowości smaku tego dania tkwi właściwie w jego finalnym doprawieniu. Kolejność doprawiania (która jest ważna) jest taka: trzemy na wierzch parmezan (weganie oczywiście ten krok opuszczą), następnie całość polewamy niewielką ilością oliwy z oliwek i na to mielimy czarny pieprz. I teraz dopiero możemy zajadać. Smaczne (go!)