Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia polska. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 lutego 2019

Bigos - moja miłość

Nie interesuje mnie, że nie wstrzelam się z daniem w okazję. Podczas gdy inni publikują szparagi i trufle czekoladowe, ja publikuję bigos. Bo oto dzisiaj pierwszy raz zrobiłam to moje ulubione danie kuchni polskiej. Dlaczego dopiero teraz? Ano tak jakoś wyszło. Wspominałam tutaj może, że bardzo dawno temu, tak dawno, że jeszcze wtedy nie gotowałam, natchnęło mnie, żeby poprosić moją mamę o podanie mi przepisów na wszystkie jej popisowe dania. Spisałam jej słowa, prawie bez redakcji w takim szczególnym zeszycie. I miałam w nim przepis na bigos. Wiele lat nie spożytkowany. Aż do dziś. Francesco jakoś niedawno gmerał, że czemu nie zrobię bigosu. Wykręcałam się brakiem potrzebnych składników. Wczoraj spotkałam się z dziewczynami, z którymi razem tworzymy tu w Genui stowarzyszenie "Bratanki" i jakoś tak się złożyło, że byłam w odpowiednim czasie i w odpowiednim miejscu, aby brakiem składników nie móc się już zasłonić. W restauracji Kowalski zepsuła się lodówka i Agnieszka, moja koleżanka i współwłaścicielka, dała nam po siatce pełnej polskich dóbr. Mnie przypadła m.in. kapusta kiszona i kiełbasa śląska... No i sami widzicie...
Postanowiłam, że now or never. Dokupiłam brakujące składniki i zabrałam się do dzieła. Trzy godziny z życia wyjęte, ale jaka za to nagroda..! Bigos wyszedł jak ten mojej mamy. Poczułam się chwilę jak w domu. A to, wiadomo, jak karta Mastercard - bezcenne. 
Publikuję tu przepis mamy i wykonanie krok po kroku, jak to robiłam dzisiaj.


Składniki:

800 gr kapusty kiszonej
800 gr kapusty świeżej 
400 gr kiełbasy (u mnie śląska)
640 gr łopatki wieprzowej
ok. 200 gr przecieru pomidorowego
2 cebule
2 kostki rosołowe
odrobina oleju
liść laurowy
angielskie ziele
pieprz

Wykonanie:

Zaczynamy od pokrojenia kapusty świeżej. Kapustę dajemy do garnka, zalewamy wodą tak, aby woda pokryła kapustę i dajemy na palnik do zagotowania. Gdy kapusta zawrzy, odlewamy z niej całą wodę i wlewamy nową, gorącą wodę. Dodajemy 2 kostki rosołowe i gotujemy kapustę do miękkości przez ok. 15-20 minut. W tym czasie kroimy łopatkę w kostkę. Pokrojone mięso dusimy w wodzie z liściem laurowym, paroma ziarenkami ziela angielskiego i pieprzem do miękkości. Kroimy kiełbasę w półplasterki, a cebulę w miarę drobno. Cebulę i kiełbasę podsmażamy razem na patelni. Oceńcie sami, czy potrzebny jest tu olej do smażenia. U mnie nie było trzeba go użyć, bo kiełbasa puściła swój tłuszczyk, a cebula soki. Po usmażeniu wyłączamy ogień i zostawiamy wszystko na patelni. Zauważcie, że używamy już 3 palników (szaleństwo!). Wracamy do kapusty świeżej. Do tego czasu powinna już być ugotowana. Wycedzamy z niej wodę do garnka, w którym będziemy gotować kapustę kiszoną. Gotową kapustę odstawiamy na bok. Jeśli mięso jest już gotowe, odcedzamy z niego wodę i również odstawiamy je na bok. Zabieramy się za kapustę kiszoną. Odlewamy z niej wodę i kroimy na mniejsze kawałki. Dodajemy ją do garnka z wodą po poprzedniej kapuście i gotujemy do miękkości. Zajmuje to o wiele więcej niż ugotowanie świeżej kapusty, bo nawet do godziny czasu. 

Kiedy kapusta kiszona jest ugotowana i miękka, wycedzamy z niej całą wodę i następuje moment łączenia wszystkich składników: dwa typy kapust, kiełbasa z cebulą oraz mięso wieprzowe. Mieszamy dokładnie wszystkie składniki ze sobą. Na końcu dodajemy słoiczek przecieru pomidorowego wymieszany z niedużą ilością przegotowanej wody oraz dopieprzamy. Mieszamy jeszcze raz baaaaardzo dokładnie i voila! 3 godziny później i bigos jest :)

Wyszło mi 8 porcji jedzonych bez niczego (chleba, ziemniaków itp.).


wtorek, 26 grudnia 2017

Sałatka z porem, której nie jadłam od prawie 25 lat

Mam ze sobą na emigracji taki zeszyt. Jest to w zasadzie zeszyt do ćwiczeń z nie pamiętam jakiego przedmiotu na pierwszym roku studiów, który użyłam na nowo, kiedy to zmusiłam moją mamę do przekazania mi przepisów na dania, które funkcjonują w naszej rodzinie, niektóre od pokoleń myślę. Jakoś niedawno przyszła do mnie myśl, że w tym zeszycie mam przepis na sałatkę z porem, której nie robi się u nas w domu ani u mojego rodzeństwa. Kiedyś, kiedy byłam jeszcze w szkole podstawowej, jadłam u mojej przyjaciółki z dzieciństwa tą sałatkę i mi bardzo posmakowała. Poprosiłam ją o przepis, ale ona powiedziała, że musi go zdobyć od autorki, czyli teściowej jej brata. Teściowa łaskawie podzieliła się ze mną przepisem, który ja zapisałam potem w tym zeszycie i od tego czasu nigdy go nie wykorzystałam (!). No i właśnie niedawno, na początku grudnia przyszła do mnie ta myśl, żeby może odtworzyć ten smak dzieciństwa i zobaczyć, czy nadal mi będzie smakował. Był tylko jeden problem: sałatka wymaga użycia musztardy krem z gorczycy z miodem krakowskiej firmy Konik, której oczywiście znikąd w Genui nie mogę dostać. Podzieliłam się swoimi pragnieniami i problemami ekspatriantki na mojej stronie na Facebooku, jakoś tak, jak dzielę się wszystkimi moimi ochotami czy zachwytami smakowymi. Moje zaskoczenie było ogromne, kiedy napisała do mnie moja koleżanka z mojej ostatniej pracy w Polsce, oferując przysłanie mi paczki z tąże musztardą (i innymi produktami wedle życzenia). Niesamowity gest i z tego miejsca chcę jeszcze raz podziękować gorąco kochanej Iwonie Bąk za tą cudną niespodziankę. Paczka z musztardą przyszła w piątek przed samym weekendem świątecznym, więc nie było już wymówek, tylko robić sałatkę. Zaoferowałam mojej włoskiej rodzinie, że pojawię się z "insalata russa polacca" w Boże Narodzenie, na co oni przyklasnęli, bo już wcześniej robiłam dla nich jarzynówkę i meksykańską, o czym pisałam w tych dwóch postach KLIK i KLIK. Cóż mogę powiedzieć, moje gusta kulinarne się nie zmieniły, sałatka i tym razem podbiła moje (i całej włoskiej rodziny) podniebienie. Post i danie zdecydowanie od teraz dedykowane mojej przyjaciółce z dzieciństwa Jasi i teściowej jej brata oraz Iwonce. Idealna na święta i na imprezę sylwestrową, w zasadzie bez okazji też świetnie się nada ;) Zrobiłam z połowy sugerowanych składników.


Składniki:

2 pory, część biała
150-180 gr ogórków kiszonych (najlepiej użyć domowych)
6 jaj ugotowanych na twardo
220 gr tartego sera żółtego (najlepiej sprawdza się ser typu cheddar, ja użyłam holenderskiego sera extra belengen, zamawianego przez moją znajomą Holenderkę z Holandii)
1 puszka groszku
170 gr jogurtu greckiego (w oryginalnym przepisie jest kwaśna gęsta śmietana)
4 łyżki czubate majonezu
4 łyżki musztardy krem z gorczycy z miodem firmy Konik
pieprz czarny i sól do smaku

Wykonanie:

Pory kroimy wzdłuż na pół i potem na plasterki. Następnie przekładamy je na sito i przelewamy wrzącą wodą, po czym zimną wodą z kranu. Zostawiamy je do ocieknięcia. Ważne jest, żeby je dokładnie osuszyć, ja potem wyłożyłam je jeszcze na talerz wyłożony podwójnym ręcznikiem papierowym, żeby wchłonął wilgoć. Kroimy w drobną kostkę jajka, ogórki i odcedzamy groszek. Wszystkie razem łączymy w naczyniu, w którym będziemy mieszać sałatkę. Dodajemy do tego świeżo starty na grubych oczkach ser żółty. Doprawiamy solą i pieprzem według uznania, uwzględniając słoność użytego majonezu. Całość polewamy wymieszanym wcześniej sosem majonezowo-musztardowo-jogurtowym i dokładnie mieszamy całość. Sałatka musi zostać schłodzona w lodówce przez jakiś czas, również po to, żeby jej składniki miały szansę się "przegryźć". I smacznego!

sobota, 23 kwietnia 2016

Co w sezonie? Wiosenny twarożek z rzodkiewką i zieloną cebulką

W ostatnim poście z cyklu Co w sezonie? pisałam, że w tym miesiącu i w Grecji i w Polsce mamy do wyboru marchew, kapustę, pora, buraki i zieloną cebulkę. Pierwsze cztery warzywa kojarzą się nam typowo z zimą, a przecież mamy wiosnę w pełni i dlatego na warsztat bierzemy nowalijkę - zieloną cebulkę. Długo myślam nad przepisem, ale nie ma co dłużej myśleć. Twarożek z rzodkiewką i szczypiorkiem jest typową pastą jedzoną z pieczywem w Polsce na wiosnę. I został uznany za jedno z typowych polskich śniadań w ogóle (pamiętacie ten fakt z mojego posta Full Polish Breakfast?). Tutaj w Grecji szczypiorku prawie się nie spotyka w sklepach ani na targach warzywnych. Dlatego emigrantka musi sobie radzić, zastępując szczypiorek zieloną cebulką. Twarożek jest naprawdę przepysznym smarowidłem do pieczywa, a przy tym jest zdrowy, lekki i łatwy w wykonaniu. A znacie mnie już na tyle, żeby wiedzieć, że nie lubię wymyślnych, wieloskładnikowych przepisów i często stawiam na tradycyjne dania. Jest to jedna z tych past, którą robię, kiedy dopada mnie tęsknota za Polską i jedna z moich ulubionych. Bardzo się cieszę, że właśnie dopisuje się do listy przepisów mojego bloga.



Składniki:

250g twarogu półtłustego
2 łyżki jogurtu naturalnego
pęczek rzodkiewek
garść pokrojonej zielonej cebulki lub szczypiorku
szczypta soli
pieprz do smaku

Wykonanie:

Rzodkiewki myjemy dokładnie i odcinamy końce. Ścieramy je na tarce o dużych oczkach. W miseczce rozrabiamy twaróg z jogurtem. Dodajemy do miski rzodkiewkę, zieloną cebulkę i doprawiamy solą i pieprzem. Całość dokładnie mieszamy, aż wszystko się razem połączy. Podajemy ze świeżym pieczywem i plasterkami pomidora. I smacznie zajadamy ;)



czwartek, 10 grudnia 2015

Botwinka

Mam jakieś dziwne wrażenie, że moje posty są anachroniczne i ja, której celem jest propagowanie sezonowego jedzenia, publikuję przepis na fasolkę szparagową w październiku... Dzisiaj jeszcze raz popełnię tą anachroniczność, ale wytłumaczę się z niej. Sezon na buraki w Grecji trwa teraz i w sklepach są dostępne młode buraczki z liśćmi, więc jak mogłam się powstrzymać? Zwłaszcza, że nie byłam w Polsce od ponad roku i znowu polskie smaki zaczynają mnie prześladować w myślach, to znaczy tęsknię za polskimi smakami :) Tak więc podczas, gdy wszyscy publikują przepisy na dania wigilijne i wypieki, u mnie będzie botwinka. Zrobicie w maju ;) Ale żeby nie było, wczoraj zastawiłam zakwas na barszcz wigilijny z przepisu z mojego ulubionego bloga Fotokulinarnie. I to właśnie kupno buraków na ten zakwas było bodźcem do zrobienia botwinki, pierwszy raz w życiu zresztą. Kupiłam prawie kilogram tych buraczków i zostały mi te liście i łodygi, a ja jestem znana z tego, że nie znoszę marnować niczego, co nadaje się do spożycia. Postanowiłam zgłębić wykonanie botwinki. Niestety jak to zawsze blogów kulinarnych jest milion i tyleż przepisów, ale ja nie lubię zbyt skomplikowanych, zbyt ciężkich itd. itp. Dlatego też zebrałam wiedzę do kupy, dodałam do tego moje preferencje smakowe i zrobiłam moją własną wersję botwinki. Była tak pyszna, że nie umiem Wam tego opowiedzieć. I koniecznie zaserwujcie ją z jajkiem i ubitymi ziemniakami z masełkiem. Jeśli pominąć jajko, mój przepis jest całkowicie wegański. Zapraszam!



Składniki na ok. 5 porcji:

1 cebula
ćwiartka dużego selera
1 marchew
2 listki laurowe
4 ziela angielskie
2 litry wody
2 buraczki z łodygami i liśćmi
2 ząbki czosnku
koperek
oliwa z oliwek do podsmażania
sól i pieprz do smaku
sok z cytryny

Do podania:
ziemniaki ugotowane w osolonej wodzie, utłuczone i omaszczone masłem (1 duży ziemniak na osobę)
jajka ugotowane na twardo 

Przygotowanie:

Zaczynamy wykonanie botwinki od przygotowania warzyw:
1. Cebulę obieramy i kroimy w półtalarki. 
2. Marchew i selera obieramy i trzemy na tarce o grubych oczkach.
3. Buraki odcinamy od liści, obieramy i kroimy w drobną kostkę, liście przebieramy, myjemy dokładnie i kroimy drobno.
4. Przygotowujemy 2 ząbki czosnku do późniejszego przeciśnięcia przez praskę.
5. Koperek drobno siekamy.
W dużym garnku, w którym będzie się gotowała botwinka, rozgrzewamy 2 łyżki oliwy z oliwek i wrzucamy na nią cebulę. Kiedy cebula się zezłoci, dodajemy marchew i selera i chwilę podsmażamy, a następnie zalewamy je 2 litrami wody i dodajemy listek laurowy i ziele angielskie. Gotujemy całość przez okolo 15 minut. W czasie gdy nasze warzywa się gotują, na patelni lub w osobnym garnku podsmażamy na oliwie buraczki przez około 5 minut, pod koniec skrapiając je sokiem z cytryny (pomoże nam to zachować ładny kolor zupy). Po upływie tych 15 minut buraczki oraz pokrojone liście dodajemy do wywaru. Wszystko razem gotujemy przez kolejne 20-30 minut. Pod koniec gotowania solimy i dodajemy pieprz do smaku oraz czosnek przeciśnięty przez praskę. Po zestawieniu zupy z ognia dodajemy do niej koperek. 
Botwinka smakuje wyśmienicie z gniecionymi ziemniakami i ugotowanym na twardo jajkiem.

czwartek, 14 maja 2015

Sałatka z ryżem i tuńczykiem

Ach, mam dziś jakiś bardzo produktywny blogowo dzień. Postanowiłam napisać jeszcze jeden wpis, ponieważ mam takie postanowienie stopniowo ujawniać światu przepisy z mojego tajnego zeszytu. Zawiera on przepisy na dania, które w moim rodzinnym domu się pojawiają. Ta sałatka nie jest akurat wymysłem mojej mamy, tylko moim i to dzięki mnie zaczęła na naszym stole gościć. Z przepisem zaznajomiła mnie moja współlokatorka, a teraz dobra przyjaciółka, w czasach studenckich. Jednakowoż sałatka z tuńczykiem gościła w moim domu rodzinnym już wcześniej za sprawą mojej cioci, która zawsze przywoziła ją w święta, nie pamiętam jednak, jakie dokładnie składniki się na nią składały, na pewno przepis był inny. Jest to jedna z opcji z gatunku naszych polskich sałatek z majonezem. Kiedyś chyba pisałam przy okazji posta o sałatce jarzynowej, że mamy do wyboru kilka w naszym rodzinnym menu. Tak, i wówczas wspomniałam też i o tej. Wybór zazwyczaj jest dokonywany pomiędzy 8 różnymi rodzajami sałatki z majonezem. Udało mi się już opublikować przepisy na dwie z nich: sałatkę jarzynową i sałatkę meksykańską, to będzie trzeci przepis. Zapraszam do zapoznania się z nim. Nie będzie dietetycznie (za sprawą majonezu), ale będzie SMACZNIE. Wyliczyłam, że całość ma w sumie 1300kcal, ale przecież nie jemy całej miski. Z takiej ilości otrzymujemy ok. 5 porcji, a więc jedna porcja ma tylko 260 kcal!



Składniki:

  • 2 puszki dobrego tuńczyka w oliwie z oliwek (z naciskiem na dobrego, w sałatce, której podstawą smaku jest tuńczyk, jego jakość jest ogromnie ważna, polecam Rio Mare)
  • 200g ryżu
  • 1 puszka kukurydzy
  • pół większej cebuli
  • 3 czubate łyżki majonezu
  • pieprz czarny

Wykonanie:

Zaczynamy od ugotowania ryżu w osolonej wodzie zgodnie z instrukcją na opakowaniu. Po ugotowaniu i odsączeniu ryżu na durszlaku, studzimy ryż aż będzie całkowicie zimny. Cebulę kroimy drobno. Po wystudzeniu ryżu łączymy go z cebulą, rozdrobnionym tuńczykiem i kukurydzą. Dodajemy do całości 3 solidne łyżki majonezu i dokładnie mieszamy wszystkie składniki. Na koniec posypujemy świeżo zmielonym pieprzem. Schłodzić przez podaniem. Smacznego!


czwartek, 30 kwietnia 2015

Gulasz cielęcy z kaszą gryczaną

Po prostu muszę samą siebie pochwalić. Udało mi się ugotować mój pierwszy gulasz w życiu, sama obmyśliłam, jak go ugotuję i w dodatku wyszedł mi przepyszny! Jak to się w ogóle stało, że chciałam gotować gulasz? Otóż Ci, którzy śledzą fanpage tego bloga na facebooku, wiedzą, że mam ostatnio mocne postanowienie wprowadzenia do swojego jadłospisu różnego rodzaju kasz. Udałam się do sklepu rosyjskiego w celu zakupienia tychże, bo w greckich supermarketach nie można dostać kaszy. Wróciłam z pożądanym zakupem: z kaszą jaglaną i kaszą gryczaną. I tu zaczął się dla mnie kłopot. Niby jedzenie kasz jest takie typowo polskie i wschodnioeuropejskie, ale u mnie w domu rodzinnym, podobnie jak pierogów, nie gotowało się kasz. Mama gotuje jedynie krupnik z kaszy pęczaku i mamy w domu kaszę jęczmienną od czasu do czasu, ale nie używa jej się jakoś często. Kaszy jaglanej ani kaszy gryczanej moja mama nie gotuje w ogóle. Wobec tego musiałam zacząć dość intensywnie przeszukiwać sieć w poszukiwaniu przepisów, które pozwoliłyby mi zrobić użytek z zakupionych produktów. Najpierw przyrządziłam kaszę jaglaną na sposób meksykański według przepisu z blogu Kaszomania i bardzo mi smakowało to danie. Na pewno będę jeszcze nie raz je robić i Wam je również bardzo polecam. Wklejam link do przepisu na kaszę jaglaną po meksykańsku i ogólnie polecam tego bloga, bo jest bardzo sensowny i pełen dobrych pomysłów na użycie kaszy jaglanej. 
W taki oto sposób jaglankę odhaczyłam. No to teraz co zrobić z kaszy gryczanej? Przyszło mi do głowy, że znajomi często mówili, że kasza gryczana dobrze smakuje z gulaszem, szybko jednak otrząsnęłam się z tej myśli, bo jak to gulasz, przecież jest za trudny dla mnie. Jednak zaczęłam szukać przepisów i znalazłam kilka, którymi się zainspirowałam. Postanowiłam jednak do swojego pierwszego gulaszu dodać pieczarki, pomyślałam, że nadadzą wyrazistości i smaku. Zakupiłam w supermarkecie piękną porcję mięsa cielęcego, na które patrzyłam z podziwem (wegetarianie już mnie nie lubią) i modliłam się w duchu, żeby nie zepsuć tego mięsa moim eksperymentem. Kiedy zaczęłam siekać składniki, moja włoska druga połowa zapytała mnie: "Gotujesz gulasz polski czy węgierski?". Odpowiedziałam: "To będzie fusion".
Wyszło wspaniale. Nie spodziewałam się tak dobrego efektu, który uzyskałam właściwie tylko dzięki swoim pomysłom. Z radością i nieśmiałością stwierdzam, że zaczynam nabierać pewnego instynktu w gotowaniu. I zaczyna mi się to podobać. Na potwierdzenie, że wyszło naprawdę pysznie dodam, że mój, do tej pory jedyny kucharz w rodzinie, zjadł 3 porcje. Kaszę gryczaną jadł wczoraj pierwszy raz w życiu i nie mógł się nadziwić, co to jest. Wyszukałam mu nawet w wikipedii info dotyczące gryki, ale dalej niewiele ma wyobrażenia na temat tego, co właściwie z takim smakiem zajadał. Najważniejsze, że próba wprowadzenia kasz na nasz stół zakończyła się 100% sukcesem. Mogę zatem kontynuować tym tropem :) Przedstawiam Wam mój autorski przepis, z którego jestem dumna niezmiernie.

Gulasz cielęcy z kaszą gryczaną


Składniki na 5 dużych porcji:


  • 70 dag cielęciny
  • 1 marchewka
  • 2 cebule
  • 1 mały seler
  • 1 papryka czerwona i 1 żółta
  • 6 pieczarek
  • 3 czubate łyżki mąki
  • oliwa z oliwek do podsmażania
  • przyprawy: sól, pieprz, papryka słodka, chilli w proszku, 3 listki laurowe, ok. 5-6 ziarenek ziela angielskiego
  • kasza gryczana

Wykonanie:

Wykonanie najlepiej rozpocząć od umycia, obrania i pokrojenia wszystkich składników. 
1. Pieczarki myjemy i kroimy w plasterki, 
2. Cebule obieramy i drobno kroimy, 
3. Papryki myjemy i usuwamy z nich gniazda nasienne, a następnie kroimy w kosteczkę, 
4. Marchew i selera po obraniu trzemy na tarce o dużych oczkach,
5. Mięso myjemy pod strumieniem zimnej wody, a następnie kroimy w dużą kostkę
Kiedy wszystko jest pokrojone, łatwiej kontrolować przebieg gotowania i można się skupić na poszczególnych etapach tworzenia. Zaczynamy od rozgrzania niewielkiej ilości oliwy na patelni. Wrzucamy do niej cebulę i szklimy. Połowę cebuli wykładamy na talerz, a następnie do pozostałej na patelni cebuli dodajemy pieczarki. Podsmażamy pieczarki, mieszając energicznie. Po jakimś czasie dodałam odrobinę wody, żeby pieczarki się nie spaliły. Kiedy pieczarki są już podsmażone, wykładamy je na talerz, gdzie już poprzednio umieściliśmy zeszkloną cebulę. Na tą patelnię dolewamy trochę oliwy i przesmażamy przez ok. 2 minuty mięso. Następnie mięso przekładamy do garnka i zalewamy je wodą tak, żeby woda pokryła mięso. Dodajemy startą marchew i selera, papryki oraz pieczarki z cebulą. Dolewamy wody, aby pokryć całość. Teraz jest moment, kiedy dodajemy wszystkie przyprawy. Gotujemy na małym ogniu aż mięso będzie miękkie, mieszając co jakiś czas. Kiedy w garnku wygotuje się spora ilość wody, a mięso będzie już miękkie i gotowe do spożycia, zaprawiamy gulasz następujących roztworem: w 0,5l wody mieszamy 3 czubate łyżki mąki i wlewamy do naszego gulaszu. Mieszamy całość i gotujemy jeszcze przez chwilę, mieszając raz po raz. Gulasz ma teraz piękną lekko gęstą konsystencję i można zdjąć go z gazu i zająć się gotowaniem kaszy gryczanej (jeśli nie zrobiliśmy tego w tzw. międzyczasie).
Kaszę gryczaną gotowałam według instrukcji na opakowaniu. Na nas dwoje użyłam 200g kaszy i ok. 700ml wody. Wyszło z tego dość dużo kaszy, ale my to za jednym posiedzeniem zjedliśmy, bo było takie dobre ;) Instrukcja mówiła, że kaszę należy przykryć i gotować przez 15 min., nie zdejmując pokrywki. Warto jednak od czasu do czasu zajrzeć, czy woda się nie wygotowała całkowicie, bo w zależności od mocy naszej kuchenki czasem gotowanie może być bardziej intensywne i możemy spalić garnek, a kaszy nie ugotować do końca. Po 15 min. kasza wchłonęła pięknie wodę i była miękka, sypka i gotowa do spożycia.

piątek, 10 kwietnia 2015

Fasolka po bretońsku

Fasolka po bretońsku to potrawa, o której moja mama zapomniała. Pamiętam, że dawno dawno temu ją robiła, ale jakoś przestała, nie wiem, z jakiego powodu. Szkoda, bo to jest naprawdę jedna ze smaczniejszych potraw w naszej rodzimej kuchni. Kiedyś spisałam od mamy ten przepis w specjalnym zeszycie, w którym mam przepisy na dania, które robi się u mnie w domu. Przepisy, które wydębiłam w bólach od mamy, bo mama robi wszystko "z głowy" i zupełnie nie umie podawać ilości i tłumaczyć jak laikowi. A ja laikiem jestem, dlatego wszystko muszę mieć powiedziane jasno i wyraźnie. Takie są moje przepisy. Udało mi się stworzyć jednak własny przepis na fasolkę po bretońsku, aby odejść trochę od gotowania wszystkiego na mięsnych wywarach, bo w tej potrawie i tak jest dużo mięsa. Z czystym sumieniem polecam, bo jestem dumna z tego przepisu, a samo danie gotowałam dzisiaj i jest przepyszne. Dopiszę, ile porcji z tego wyszło, jak skończymy garnek ;-)



Składniki na 5-6 porcji:


  • 500g fasoli jaś
  • 200g kiełbasy
  • 100-150g boczku
  • 2 średnie marchewki
  • 1 cebula
  • 80g koncentratu pomidorowego
  • 3 kopiaste łyżki mąki
  • 1 kostka rosołowa
  • 2 liście laurowe
  • kilka ziaren ziela angielskiego
  • natka pietruszki
  • sól, pieprz i papryka słodka do doprawienia

Wykonanie:

Fasolę należy moczyć w wodzie przez całą noc, jak moja mama mówi: "dziś na jutro". Fasolę odcedzamy z wody, w której się moczyła i przekładamy do dużego garnka, dorzucamy do niej pokrojone w talarki marchewki, ziele angielskie, kostkę rosołową, liście laurowe i natkę pietruszki, zalewamy wodą i gotujemy. Kiełbasę kroimy w talarki, boczek w kostkę i w miarę drobno kroimy też cebulę. Kiełbasę, boczek i cebulę przekładamy na patelnię, gdzie podsmażamy wszystko aż do zrumienienia. Odstawiamy na bok i czekamy aż fasola się ugotuje. Gotowanie fasoli do miękkości zajmuje ok. 55 minut. Kiedy fasolka jest miękka, dodajemy do niej zawartość patelni, czyli kiełbasę, boczek i cebulę. W garnuszku przygotowujemy 0,5l wody, w której mieszamy 3 kopiaste łyżki mąki i koncentrat pomidorowy. Zaprawiamy tak przygotowaną mikturą naszą fasolkę po bretońsku. Gotujemy jeszcze przez chwilę. Próbujemy jak smakuje całość i doprawiamy solą, pieprzem i mieloną papryką słodką. Gotowe. Smacznego :)

piątek, 3 kwietnia 2015

Nie ma Wielkanocy bez babki cytrynowej

Która to już Wielkanoc poza domem rodzinnym? Czwarta w sumie, trzecia pod rząd i druga w Atenach. I tak człowiekowi tęskno za polską swojską kiełbasą, którą się święci, jakby nie była wystarczająco dobra, i za chrzanem i za sałatką i za wieloma innymi rzeczami, które tylko made in Poland smakują równie dobrze. Pomyślałam w tym roku, jakby tu przemycić trochę Polski i trochę naszego klimatu świąt wielkanocnych do Grecji, która jest prawosławna i z racji tego obchodzi Wielkanoc za tydzień. I tak, co jest absolutnym numerem jeden dla mnie i bez czego w moim domu nie ma świąt? Ano bez babki cytrynowej i bez jajek faszerowanych chrzanowym nadzieniem. Jestem znana w kręgu bliskich mi osób z tego, że jak sobie coś umyślę, to nie ma mocnych. Prędko napisałam do siostry po przepis na babkę, którą wiele razy robiłam, kiedy byłam jeszcze w Polsce. To ciasto ucierało się u mnie w domu rodzinnym zawsze w makutrze pałką, pomagając sobie mikserem jedynie przy ubijaniu piany z białek. Ale że jestem mamą świeżo upieczoną i nie mam za wiele czasu, mikserem potraktowałam całość. Co i Wam polecam, jeśli zależy Wam na czasie. Jeśli macie czas, możecie utrzeć wszystkie składniki, smak ponoć jest lepszy. Babka bardzo posmakowała moim włoskim teściom, więc mogę ją Wam z czystym sercem polecić. Upieczcie ją jednak w typowo "babkowej" formie, bo ta, którą miałam w domu - na wpół babkowa, niezbyt się sprawdziła, kształt babki pozostawia wiele do życzenia. Z przyjemnością obwieszczam światu mój pierwszy słodki przepis ;-)

Babka cytrynowa



Składniki:


  • 250g mąki
  • 250g masła
  • 250g cukru pudru
  • 4 jajka
  • 10g proszku do pieczenia
  • 1 cytryna
  • masło i bułka tarta do posypania formy

Wykonanie:

Aby wyrobić ciasto mikserem najlepiej wyjąć masło z lodówki odpowiednio wcześniej, żeby zmiękło. Do garnka lub dużej miski wrzucamy masło, mąkę, cukier puder, proszek do pieczenia i żółtka jajek i wyrabiamy to wszystko mikserem. Cytrynę sparzamy i scieramy na tarce o małych oczkach jej skórkę, a sok wyciskamy i nadal miksujemy. Kiedy ciasto jest już wyrobione, ubijamy pianę z białek mikserem na sztywno i mieszamy łyżką (to ważne, nie miksujemy!) z wyrobionym ciastem, tak aby całość uzyskała jednolitą konsystencję. Formę smarujemy masłem i wysypujemy bułką tartą i przelewamy do niej ciasto. Pieczemy w temperaturze 180 stopni przez ok. godzinę. Kiedy ciasto ostygnie, pozbywamy się foremki i posypujemy je cukrem pudrem. Smacznego i wesołych świąt!

sobota, 22 listopada 2014

Grochówka niewojskowa

Zajęłam się dzisiaj robieniem grochówki. Już od jakiegoś czasu miałam na nią ochotę. Niedawno jakoś wynalazłam przepis na całkiem fajnej stronie Budget Bytes i postanowiłam zrobić. Strona chyba amerykańska, ale grochówka trochę domem zapachniała. Tyle, że nie jest aż na tylu rodzajach mięsa, jak zwykło się ją w Polsce robić, a zaledwie na boczku. Przedstawiam przepis.

Zupa z groszku połówek



Składniki na ok. 5 porcji:


  • 170g boczku (ja kupiłam pokrojony w kostkę)
  • 4 większe ziemniaki
  • 2 małe cebule 
  • 2 ząbki czosnku
  • 45 dag groszku połówek
  • 2 listki laurowe
  • ok. 8 kubków bulionu (jeśli nie mamy naturalnego, można zrobić go na kostce rosołowej)
  • pieprz czarny
  • sól



Wykonanie (mi zajęło 1 godzinę i 15 min.):

Przygotowanie zupy należy zacząć od ugotowania bulionu. Ja użyłam do tego celu 8 kubków wody, w której rozpuściłam naturalną kostkę rosołową przygotowaną przez mojego znajomego Włocha oraz pół kostki rosołowej warzywnej Maggi. Całość zagotowałam, w międzyczasie dosalając delikatnie, bo wywar wydawał mi się mało słony. Jeśli chcemy użyć do zupy boczku w kawałku, następnym krokiem jest pokrojenie go w kostkę. Siekamy także cebulę i czosnek oraz obieramy i kroimy w grubą kostkę ziemniaki. Ja preferuję pokroić i przygotować wszystkie składniki na samym początku, żeby później móc skupić się już tylko na gotowaniu. Wrzucamy boczek do dużego garnka i przesmażamy go we własnym tłuszczu, cały czas mieszając aż do momentu, gdy zbrązowieje lekko i zrobi się chrupiący. Nie należy się zbytnio martwić, że boczek przywiera do dna tworząc brązowy osad, w kolejnych fazach wykonania osad zniknie. Następnie dodajemy cebulę i czosnek i nadal mieszamy aż do momentu, gdy cebula i czosnek zarumienią się i zmiękną. Na to wszystko wysypujemy groszek i zalewamy bulionem. Wrzucamy do garnka liść laurowy oraz pieprzymy, następnie dodajemy ziemniaki - to wszystko na większym ogniu aż do czasu, gdy wszystko będzie bulgotać i wrzeć. Spróbujcie, czy zupa nie jest za słona lub za mało słona i ewentualnie wyregulujcie smak.Po zawrzeniu przykrywamy zupę pokrywką i gotujemy na małym ogniu przez 45 min. W tym czasie można się oddać ulubionym czynnościom albo... zmywaniu naczyń :) Po upływie 45 min. sprawdzamy, czy groszek jest odpowiednio miękki i jeśli jest, zupa gotowa :) Można zupę zblendować, jeśli lubimy taką gładką konsystencję, a jeśli wolimy czuć składniki zupy każdy z osobna, wylewamy na talerze. Moja zupa po ugotowaniu wyglądała w zasadzie prawie jak zblendowana, więc podarowałam sobie blendowanie. 

Smacznego, Moi Mili! 

wtorek, 28 października 2014

Smakowe impresje z mojego domu. Wspomnienia z pobytu w Polsce

W poprzednim poście z zupą kalafiorową w roli głównej wspominałam, jak bardzo dała mi się we znaki ponad roczna emigracja i rozłąka z Polską. 4 października nastąpił w końcu ten szczęśliwy dzień, kiedy to udałam się na 16-dniowy urlop do ojczyzny. Możecie sobie wyobrazić, że po takim stęsknieniu się za polską kuchnią, rzuciłam się na wszystko, co polskie i Polskę przypomina. Było to trochę takie uczucie, jakbym po długim okresie głodówki nagle mogła się cieszyć nielimitowanym dostępem do jedzenia. Moi znajomi patrzyli na mnie dziwnie, kiedy nie mogłam się nachwalić i nawzdychać nad kotletem z piersi z kurczaka, gniecionymi ziemniakami i surówką z kapusty kiszonej z marchewką. Jakże wszystko, absolutnie wszystko, mi smakowało! Niewiele osób jest w stanie to zrozumieć. Zwłaszcza, że dla Was, Moi Mili w ojczyźnie, to codzienność i nic nowego. Okazuje się, że tylko w Polsce ziemniaki gniecione smakują tak dobrze, tak maślanie i tak mlecznie. Nasza kapusta kiszona to również skarb i genialny w swojej prostocie wymysł. Na szczęście mogłam jej spróbować, będąc gościem na obiedzie u mojej przyjaciółki, u mnie w domu bowiem mama z bratem dopiero co wstawili kapustę do garnka do zakiszenia. Pisałam już trochę o daniach i smakach, które "chodziły za mną" najbardziej intensywnie. I moja mama oraz pozostałe kobiety w rodzinie wyszły jakby na przeciw moim zachciankom i tęsknotom. Nie mogłam się nadziwić, że w ciągu dwóch zaledwie dni wszystkie moje największe marzenia smakowe spełniły się. Starałam się pstrykać zdjęcia tym moim ukochanym smakom, żebyście mogli dowiedzieć się, co kocham i za czym tęsknię najbardziej z moich rodzinnych, a zarazem polskich potraw. I też byłoby mi miło, gdybyście inaczej spojrzeli na naszą kuchnię polską, jeśli do tej pory jeszcze jej nie doceniliście wystarczająco. 
Co ja takiego pisałam w ostatnim poście? "Moją uwagę skupiają przede wszystkim ziemniaki gotowane w polski sposób, z wody, z omastą i ewentualnie koperkiem, kapusta, najlepiej młoda z koperkiem, polskie zupy oraz polskie surówki typu mizeria, buraczki ćwikłowe. Z zup najbardziej "chodziła za mną" zwykła ziemniaczanka, barszczyk z botwinki oraz kalafiorowa." Były oczywiście gniecione ziemniaki z wody, które moja mama maści masłem lub słodką śmietaną od wiejskiej krowy. Była też młoda kapusta słodka z grochem Jaśkiem z naszej działki - bardzo żałuję, że nie udało mi się zrobić jej zdjęcia. Słodką kapustę przywiozła również moja ciocia wraz z gołąbkami już w pierwszy dzień mojego pobytu w domu. Jej kapusta różni się od tej, którą robi mama, ale była tak samo pyszna. Ogólnie na kapustę w każdej jej odmianie miałam ogromną ochotę. I była: słodka z grochem, w gołąbkach, w bigosie, kiszona w surówce, jaka jeszcze? Hm, to chyba tyle. A nie, jeszcze w łazankach w wykonaniu mojej mamy. Bigos jadłam dzięki uprzejmości mojej siostry, która się ze mną nim podzieliła. Był przepyszny.

Bigos autorstwa mojej siostry
Łazanki zrobione przez moją mamę

To tyle na temat kapusty. Nasza kuchnia bazuje na ziemniakach, kapuście i mięsie. Kolejnym moim wielkim pragnieniem były buraczki ćwikłowe w połączeniu z gniecionymi ziemniakami i kotletem mielonym. Moja mama okazało się miała mielone, a buraczki zawsze są w naszej spiżarni, bo mama co roku je robi do słoików.

Mielony, ziemniaki i buraczki

Na moją korzyść podczas pobytu w domu odwiedziła nas moja ciocia z Nowej Huty, która uwielbia gotować. Dzięki niej zjadłam przepyszne leczo z papryki, cukinii i pomidorów z dodatkiem naszej polskiej kiełbasy, która jest najlepsza, nie ma co do tego dwóch zdań, oraz jajek. Efekt pracy cioci możecie podziwiać poniżej. Niebo w gębie!

Leczo w wykonaniu mojej cioci
Ciocia nauczyła mnie też robić knedle ze śliwkami, które okazały się być łatwiejsze do zrobienia niż pierogi. Wyszły nam bardzo dobrze. Nie zdążyłam zrobić zdjęcia, zanim zniknęły bez śladu.
Z innych moich ulubionych potraw, których niestety nie udało mi się uchwycić na zdjęciu, muszę wspomnieć o żurku z białą kiełbasą, barszczu zabielanym z naszych buraków (to popisówki mojej mamy) oraz o sałatce śledziowej, w której wyspecjalizował się mój brat. Mama zrobiła też kalafiora w bułce tartej, którego kocham. 
Kiedy jestem w domu po tak długim pobycie za granicą, nieopisany smak ma chleb oraz wędliny. Uważam, że w Polsce te dwa typy produktów opanowaliśmy do perfekcji. Polska może być naprawdę dumna z wędlin (w tym na specjalne wyróżnienie zasługuje kiełbasa) oraz z chleba - moim zdaniem są jedyne w swoim rodzaju i, powiem to bez stronniczości, o którą i tak zostanę posądzona, najlepsze na świecie! 
Pobyt na polskiej wsi niesie ze sobą również takie plusy, jak: kwaśne mleko od polskiej krowy (organic!) oraz możliwość zrywania malin prosto z krzaczka (tak, maliny ogrodowe na szczęście są późną jesienią). Mnie udało się zrobić z malin przepyszny koktajl przy użyciu słodkiej, wiejskiej śmietanki. Nie mam słów, jak smakował!

Koktajl z malin w przygotowaniu

Koktajl z malin gotowy!
Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam. Udało mi się wspomnieć o wszystkich smakach, które najbardziej utkwiły mi w pamięci. W Polsce jest pysznie! Pamiętajcie o tym!

niedziela, 24 sierpnia 2014

Zupa kalafiorowa, czyli homesickness zmusza do gotowania

Za około 2 tygodnie minie rok, jak nie widziałam swojej Polski. Tak długo jeszcze nigdy nie byłam w rozłące z moją ojczyzną. Korzystałam w międzyczasie z uroków przeróżnych kuchni, muszę jednak wyznać, że ta roczna emigracja wywołała u mnie dość nieprzyjemny efekt: otóż cały czas myślę o polskim jedzeniu. Jest to obsesyjne myślenie i jest do tego stopnia silne, że nie zadowala mnie żaden posiłek, który nie przypomina mi domu. Nie mogę już patrzeć na greckie specyjały, na ten ogrom mięsiw grillowanych i ociekające oliwą warzywa. Kiedy jem obiad w tawernie, złości mnie, że podają mi zimne, pływające w oliwie ziemniaki, zamiast gorących, prosto z wody, świeżych, cudownie maślanych ziemniaków, jakie robi mama. No. Jest aż tak źle. Żeby jakoś sobie ulżyć w bólu, zaczęłam od gotowania właśnie gniecionych (widelcem nota bene, nie mam ubijaczki do ziemniaków), maszczonych masłem i mlekiem ziemniaków, które smakowały mi jak najznakomitsza delicja. Gniecione ziemniaki ze szklanką mleka. Przeglądam często portale z przepisami, starannie ignorując "nowoczesne" wymysły i dania innych kuchni. Moją uwagę skupiają przede wszystkim ziemniaki gotowane w polski sposób, z wody, z omastą i ewentualnie koperkiem, kapusta, najlepiej młoda z koperkiem, polskie zupy oraz polskie surówki typu mizeria, buraczki ćwikłowe. Z zup najbardziej "chodziła za mną" zwykła ziemniaczanka, barszczyk z botwinki oraz kalafiorowa. A że sezon na kalafior właśnie trwa, powzięłam głębokie postanowienie, że ugotuję zupę, która będzie smakować dokładnie jak ta mojej mamy. Zaczęłam szukać po blogach przepisu. Znalazłam jeden, który, stwierdziłam, najbardziej przypomina wykonanie mojej mamy, choć szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, jak mama zupę kalafiorową robi. Tak więc wzorowałam się na przepisie z bloga Karkrówka, który sobie oczywiście zmodyfikowałam nieznacznie ze względów położenia geograficznego oraz swojego "widzimisię". Oczywiście pietruszki i selera nie znalazłam w supermarkecie, dlatego mój wywar wyszedł nieco inny, ale może smakować tym, którzy za pietruszką ani selerem nie przepadają, a wiem, że sporo jest takich osób. Podaję Wam, moi kochani, moją wersję przepisu z Karkrówki na zupę kalafiorową. Dodam, że wyszła dokładnie taka, jak mojej mamy, tym dumniej ją prezentuję. 



Składniki na około 5 talerzy:


  • 3 skrzydełka z kurczaka
  • mały kalafior
  • 2 marchewki
  • 3 duże ziemniaki
  • pęczek natki pietruszki
  • mała cebula szalotka
  • pół kubka śmietany (moja była 20%)
  • koperek
  • 1 liść laurowy
  • 5 ziarenek ziela angielskiego
  • sól i pieprz

Wykonanie:

Na początek myjemy skrzydełka z kurczaka, wkładamy do garnka i zalewamy je wodą (około 3/4 garnka), do wody wrzucamy ziele angielskie i liść laurowy. Wstawiamy kurczaka na ogień i gotujemy 25-30 min., jeśli jest taka potrzeba, zbierając od czasu do czasu szumowiny. W czasie kiedy kurczak się gotuje, kroimy marchew na plasterki, szalotkę na małe kawałki oraz natkę zielonej pietruszki (szalotka i nać pietruszki zastąpiły w moim przepisie korzeń selera i pietruszki). Po ok. 25-30 min. do skrzydełek wrzucamy marchew, natkę i cebulkę i gotujemy przez ok. 20 min. W tym czasie obrane ziemniaki kroimy na większą kostkę, a kalafiora myjemy i dzielimy na małe różyczki. Gdy nasz rosół gotuje się już w sumie jakieś 50 min., wyjmujemy skrzydełka. Można je obrać i mięso wrzucić do zupy. Następnie dorzucamy do tego ziemniaki, które muszą się gotować w wywarze jakieś 5 min. zanim wrzucimy różyczki kalafiora. Po wrzuceniu ziemniaków można zupę odrobinę posolić, żeby ziemniaki i kalafior gotowały się już w lekko słonej wodzie. Wspomnę również, że w czasie gotowania jest potrzeba uzupełniania wody, która się wygotowywuje. Kiedy kalafior znajdzie się w garnku i gotuje się już jakiś czas, wylewamy śmietanę do kubka, następnie dolewamy do niej wywar z garnka i mieszamy wszystko razem. Śmietanę wlewamy do zupy, mieszamy i doprowadzamy do wrzenia. Na tym etapie zupę doprawiamy solą i pieprzem do smaku według uznania. Ja uznaję, że zupa kalafiorowa z natury jest zupą o łagodnym smaku, dlatego nie przesadzam z solą. Ta ze zdjęcia pod względem ilości soli wyszła idealna :) Kiedy warzywa są ugotowane i zupa zagotowała się ze śmietaną, możemy ją zdjąć z ognia i wrzucić do garnka posiekany koperek. 
Serwować gorącą i okraszać dodatkowo koperkiem tuż przed zjedzeniem. Cudownie smakuje. Smacznego!

sobota, 28 grudnia 2013

Placki ziemniaczane - smak z dzieciństwa

Dzięki temu, że prowadzę bloga kulinarnego, mam w końcu okazję podzielić się z szerszym gronem moimi ulubionymi smakami. Mogę szczerze powiedzieć, że gdyby ktoś mnie zmusił do wybrania jednej jedynej najulubieńszej potrawy, choć byłoby to ogromnie trudne, wybrałabym placki ziemniaczane. Jeśli miałabym określić swój gust w jednym zdaniu, powiedziałabym, że zawsze uwielbiałam rzeczy proste, ale nie pospolite. Geniusz tkwi w prostocie. I dotyczy to nie tylko jedzenia. Tak jest właśnie z plackami ziemniaczanymi. Prosty przepis, łatwo dostępne składniki, a efekt wyśmienity. Uwielbiam ziemniaki, bo można z nich wyczarować w prosty sposób pyszności. Z plackami ziemniaczanymi miałam tylko taki kłopot, że zawsze byłam zbyt leniwa, żeby trzeć ziemniaki, wszystko inne to prościzna. Myślę, że każdemu, kto tęskni za polskimi smakami, spodoba się ten przepis. Ja dodatkowo kojarzę ten smak ze swoim dzieciństwem na wsi. Nie mogły się nie pojawić na tym blogu jako jedne z pierwszych - moje ukochane placki ziemniaczane. Zapraszam do zapoznania się z przepisem.


Składniki na 10 małych placków:


  • 7 ziemniaków (z tendencją do dużych)
  • 2 cebule
  • 1 jajko
  • 2 duże łyżki mąki
  • sól i pieprz
  • olej do smażenia

Wykonanie:

Ziemniaki i cebule obieramy i trzemy na tarce o małych oczkach. Odciskamy nadmiar wody przez ścierkę - w ten sposób placki wychodzą bardziej chrupiące. Dodajemy jajko oraz mąkę, sól i pieprz i mieszamy bardzo dokładnie. Na patelni rozgrzewamy dobrze olej i smażymy, formując małe placuszki. Placki są dobrze usmażone, kiedy mają złoto-brązowy kolor jak moje na zdjęciu. Wówczas przekładamy je na talerz wyłożony ręcznikami papierowymi, które absorbują nadmiar tłuszczu. Smacznego!
PS. Ja lubię je jeść bez żadnych dodatków, bo nie chcę, żeby cokolwiek zmąciło mi ich smak.


środa, 25 grudnia 2013

Sałatka jarzynowa - "klasyczna" sałatka-legenda

W poprzednim poście pochwaliłam się, że w Boże Narodzenie zabłysnę wśród mojej nowej włoskiej rodziny sałatką jarzynową, która była na polskich stołach jako pierwsza w swojej kategorii i która przez długi czas monopolizowała tego typu przystawki. Wykonanie tej sałatki zostało niejako wymuszone i już tłumaczę dlaczego. Zachęcona przez Franceska, postanowiłam zrobić sałatkę meksykańską, którą robi się u mnie w domu, a którą on uwielbia. Kiedy poinformowaliśmy jego mamę, że powstanie insalata russa w moim wykonaniu, mama zaczęła wyliczać, co ma w domu i czego nie trzeba kupować, a mianowicie: ziemniaki, marchew i ogórki kiszone... Od razu wpadliśmy na to, że ma na myśli klasyczną jarzynową, więc niewiele myśląc, postanowiliśmy, że zrobimy obie wersje. Tak też się stało. Muszę również powiedzieć, że sałatka została zaadaptowana do realiów słonecznej Italii, którą zbyt wcześnie pochwaliłam w poście o kuchni Ligurii, mówiąc, że wybór warzyw jest to przeogromny i że można znaleźć tu każde warzywo. Nieprawda. Włosi nie mają i nie jedzą korzenia pietruszki i selera. Owszem mają oba te warzywa, ale tylko i wyłącznie ich nać. Tak więc klasyczna sałatka jarzynowa, nie mogła zachować swojej klasyki ze względu na brak tych składników. Jednakowoż, określenie klasyczna jest w tym przypadku raczej nietrafione, bowiem, kiedy szukałam przepisu w Internecie, każdy jeden różnił się co najmniej jednym składnikiem. Pamiętam też, że niby klasyczna, a jednak w każdym domu smakowała inaczej. Dużo można by się na jej temat rozpisywać, wszak dla mnie to sałatka-legenda i śmiem twierdzić, że mało kto zdaje sobie sprawę z jej roli w polskiej kuchni. Ja dobrze pamiętam, nie mogę sobie tylko przypomnieć roku, kiedy nagle pojawiła się u mnie w domu i zawojowała nasze podniebienia na dobre kilka lat, uzyskując absolutny monopol, aż do czasu pojawienia się alternatywnych przepisów. W tym momencie rzadko robimy jarzynówkę, a oprócz niej funkcjonuje w mojej rodzinie około 7 innych przepisów na tego typu sałatkę:
1. Sałatka meksykańska, na którą przepis znajdziecie tutaj
2. Sałatka z ryżem, szynką i papryką w 3 kolorach (fantastyczna!)
3. Sałatka śledziowa, którą najczęściej robi mój brat
4. Sałatka z szynką i ananasem
5. Sałatka gyros
6. Sałatka porowa (nie robiłam jej lata, aż do pewnego momentu, przepis tutaj)
7. Sałatka z ryżem i tuńczykiem, na którą przepis znajdziecie tutaj
Mam nadzieję, że pewnego dnia wszystkie te przepisy opublikuję na blogu. Rozpisałam się, ale rodzinne potrawy i przepisy zaczyna się doceniać, kiedy osiągnie się pewien wiek, a szczególnie, kiedy przebywa się poza swoim krajem ojczystym. Przedstawiam Wam zatem przepis na sałatkę jarzynową, którą zrobiłam na Boże Narodzenie 2013.


Składniki na ok. 7-8 porcji


  • 2 duże marchewki
  • 7 średniej wielkości ziemniaków
  • 4 jajka
  • 7 małych korniszonków
  • 1 puszka zielonego groszku
  • 5 dużych łyżek majonezu
  • 1 duża łyżka musztardy
  • sól i pieprz do smaku

Wykonanie:

Ziemniaki i marchew myjemy, nie obieramy jednak ze skórki, wkładamy do garnka z osoloną wodą i gotujemy do miękkości. W osobnym garnku gotujemy jajka na twardo. Dobrze jest zrobić to odpowiednio wcześniej przed właściwym przygotowaniem sałatki, ponieważ warzywa i jajka muszą się ostudzić. Po ugotowaniu i ostygnięciu obieramy jajka ze skorupek oraz warzywa ze skórki i kroimy w małą kostkę. Tak samo kroimy korniszony. Zielony groszek odsączamy z wody i wrzucamy do naczynia z pozostałymi składnikami. Solimy i pieprzymy według uznania. Dodajemy majonez i musztardę i mieszamy dokładnie. Dobrze jest wstawić sałatkę na jakiś czas do lodówki przed podaniem, a już najlepiej smakuje na następny dzień, kiedy wszystkie jej składniki "zapoznają się ze sobą" (jak mówi moja mama). Smacznego!

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Sałatka meksykańska - przepis funkcjonujący w mojej rodzinie

Jak już dowiedzieliście się z fanpage'a Rozmarynowego Bloga na facebooku, tegoroczne święta Bożego Narodzenia po raz pierwszy w życiu spędzam nie w Polsce i nie z moją rodziną, a z rodziną mojego narzeczonego we Włoszech. Mój Francesco, wiedząc, że tęsknię za Polską szczególnie w tym świątecznym czasie lub sam tęskniąc za polskimi specyjałami, zaproponował, żebym zrobiła naszą polską sałatkę, którą tu we Włoszech nazywa się insalata russa (rosyjska sałatka). Zapaliłam się do pomysłu, bo dzięki temu choć trochę mogę zasmakować atmosfery polskiego świętowania (wspomnienia smaków stanowią naprawdę ważną część mojej pamięci ogólnej). Jakiś czas zajęło nam ustalenie, który z kilku przepisów funkcjonujących w mojej rodzinie mam wykonać oraz czy aby na pewno znajdę wszystkie składniki. Na życzenie Franceska powstała sałatka meksykańska, a na życzenie jego mamy powstanie klasyczna jarzynówka. Czuję się dumna i podekscytowana, że mogę przedstawić światu przepis na tzw. sałatkę meksykańską (określenie meksykańska pojawia się niemal automatycznie, kiedy składnikiem potrawy jest czerwona fasola, mimo że jej związek z Meksykiem jest żaden). Przepis ten realizujemy w naszej rodzinie od dobrych kilku lat, kiedy to ludziom przestała wystarczać klasyczna jarzynowa, która do tej pory miała monopol, i zaczęły pojawiać się wersje eksperymentalne sałatki z majonezem jako dominującym sosem. Oczywiście każdy robi sałatkę meksykańską po swojemu i znalezienie w Internecie przepisu dokładnie takiego, jaki wykorzystujemy u mnie w domu, było niemożliwe, wobec czego musiałam poprosić bratanicę o przysłanie mi przepisu swoich rodziców. I oto jest - przepis na sałatkę polsko-rosyjsko-meksykańską!



Sałatka meksykańska


Składniki na ok. 4 porcje:


  • puszka kukurydzy (ok. 300g)
  • puszka fasoli czerwonej (ok. 320g)
  • 1 por
  • 1 słoik papryki konserwowej (ok. 400g)
  • 25-30 dag gotowanej szynki wieprzowej
  • majonez
  • sól i pieprz do przyprawienia

Wykonanie:

Czerwoną fasolę wylewamy na durszlak i przelewamy zimną wodą. Osuszamy i wrzucamy ją do garnka, w którym będziemy mieszać sałatkę. To samo robimy z kukurydzą. Białą część pora kroimy w półplastry, a następnie przelewamy go wrzątkiem na durszlaku, odczekujemy kilka sekund i polewamy go zimną wodą. Po odsączeniu wody wrzucamy go do garnka. Paprykę i szynkę kroimy w kostkę i łączymy z pozostałymi składnikami. Przyprawiamy sałatkę solą i pieprzem według uznania, dodajemy majonez i mieszamy wszystko razem. Przekładamy gotową sałatkę do ozdobnej miski, przykrywamy i wkładamy do lodówki. Po schłodzeniu serwujemy. Smacznego!


czwartek, 26 września 2013

Full Polish Breakfast?

Od ponad roku mieszkam w kraju, którego jedną z wizytówek i znaków rozpoznawczych jest pierwszy posiłek w ciągu dnia – śniadanie. Chyba każdy mniej więcej wie, jak wygląda tzw. full English breakfast. Wszystko, absolutnie wszystko, jest smażone, nawet świeży pomidor. Pełny zestaw składa się obowiązkowo z: kiełbaski, która różni się od polskiej tym, że jest doprawiana ziołami i bardziej przypomina naszą białą kiełbasę, którą wrzuca się do żurku, boczku w plasterkach, jajka sadzonego, fasolki w słodkawym sosie pomidorowym, pokrojonych pieczarek, hash browns, czyli trójkątnych placków ziemniaczanych, i wspomnianego pomidora. Alternatywne wersje zawierają frytki, jajecznicę lub black pudding, coś w rodzaju naszej kaszanki. Jeszcze raz przypomnę, wszystko to wysmażone. Podają to zwykle z toastem i masłem. Porcja tłuszczu, jaką przyjmujemy podczas śniadania wyczerpuje pewnie nasze miesięczne zapotrzebowanie. Około 900 kcal. Jednak posiłek ten stał się tak popularny, że w hotelach mamy do wyboru zazwyczaj tylko dwa warianty śniadań: kontynentalne (na słodko, czasem dodatkowo z serem i szynką) i właśnie angielskie. Interesujące jest to, że często można słyszeć argument, jakoby kuchnia polska nie była aż tak popularna na świecie ze względu na to, że jest tłusta i ciężka. Pozwolę sobie nie zgodzić się i wysunąć tezę, że chyba jednak czynnik ekonomiczny miał tu większe znaczenie…



Zaczęłam się zastanawiać, jak można byłoby zdefiniować „full Polish breakfast” i czy jest coś takiego, jak jedna sztandarowa wersja śniadania w Polsce. Doszłam do wniosku, że na pewno byłyby to po prostu kanapki: kanapka z szynką, kanapka z serem żółtym, jajkiem na twardo, pasztetem czy chleb posmarowany jakimś smarowidłem twarożkopodobnym z supermarketu, udekorowane pomidorem, ogórkiem lub ketchupem. I nie ma co tu się silić na oryginalność, kanapki są najpopularniejsze. Dla nas podstawą posiłku, jakim jest śniadanie, jest tzw. „chleb i do chleba”, jak mówiła często moja mama, kwitując jedną frazą całą listę zakupów. Do tego pijemy herbatę, Polacy jako chyba jedna z nielicznych nacji piją ją z cytryną lub sokiem i generalnie lubią ją na słodko.
Po dojściu do tych konkluzji zaczęłam robić research na ten temat i odkryłam ze zgrozą, że wyważałam otwarte drzwi, ponieważ przed Euro 2012 ogłoszono w Polsce sondę na temat tego, co Polacy uznaliby za typowe polskie śniadanie. Internauci wybrali 5 wariantów typowego śniadania polskiego:

1. twaróg z nowalijkami, szczypiorkiem i rzodkiewkami podawany z pieczywem;
2. ciepłe drożdżowe bułeczki z masłem, gęstym musem jabłkowym, miodem lub twarożkiem;
3. jajecznica ze szczypiorkiem na maśle;
4. talerz polskich wędlin, w którego skład wchodzą: szynka różowa, szynka biała, pasztetowa oraz kiełbasa wiejska;
5. jajko na miękko od kury zielononóżki kuropatwianej z masłem ubitym z mleka krowy polskiej nizinnej z odrobiną kamiennej soli z Wieliczki.




Chwali się internautom niezwykły zmysł marketingowy, bo wymyślenie takich określeń sprawiłoby trudność nawet specom od reklamy. Zgodzę się z wynikami sondy, nie powiem, aczkolwiek uważam je za zbyt wyrafinowane, a niektóre odpowiedzi za przesadzone. Odpowiedź numer 4 to nic innego jak moje kanapki! Tylko, że z samymi tylko wyrobami mięsnymi. Wariant numer 2, śmiem twierdzić, chyba nie jest często praktykowany. Wariant 5. jest grubo przesadzony, bo nieważne z jakiej kury, ważne, że na miękko, a także Polacy rzadko kiedy oglądają mleko polskiej krowy, nie wspominając już o robieniu z niego masła – wersja zbyt idylliczna, acz ładna. Najbardziej chyba prawdziwa jest odpowiedź: twarożek z rzodkiewką i jajecznica. Mama mojej najlepszej przyjaciółki i moja sąsiadka zarazem miała zwyczaj robić taki twarożek i dawać swojej córci do Krakowa, kiedy ta wyjeżdżała pobierać nauki na uniwersytecie. Pisząc tego posta, zapragnęłam tegoż właśnie i czym prędzej pobiegłam do Tesco, gdzie zakupiłam twaróg półtłusty z Łowicza, polski chleb słonecznikowy, rzodkiewkę, jogurt naturalny i szczypiorek (ostatnie trzy niestety już brytyjskie). Efekt podziwiać możecie na zdjęciu powyżej.
Przerabiając ten temat, nie można nie wspomnieć o przybyłych do nas z Zachodu płatkach, musli i owsiankach, które coraz więcej Polaków zajada na śniadanie. Ale czy to można w ogóle nazwać polskim? Zupy mleczne robiło się u nas na kolację, wierząc, że przed snem trzeba przekąsić coś lekkiego. Ja sama próbuję się zmusić, ale jakoś nie mogę. Lata spędzone pod czujnym okiem mojej mamy, dają o sobie teraz znać. Śniadanie na słodko nie jest tym, na co mam ochotę po przebudzeniu. Czasem jem owsiankę i czasem jem płatki, ale nie jest to mój ulubiony smak o poranku. Nic na to nie poradzę. Uważam, że jajko idealnie pasuje do klimatu poranka i lubię je w każdej odsłonie. Oczywiście wiem, że to wszystko kwestia upodobań, a nie narodowości, dlatego zapraszam do dyskusji na ten temat na Rozmarynowym Blogu.