środa, 13 lutego 2019

Bigos - moja miłość

Nie interesuje mnie, że nie wstrzelam się z daniem w okazję. Podczas gdy inni publikują szparagi i trufle czekoladowe, ja publikuję bigos. Bo oto dzisiaj pierwszy raz zrobiłam to moje ulubione danie kuchni polskiej. Dlaczego dopiero teraz? Ano tak jakoś wyszło. Wspominałam tutaj może, że bardzo dawno temu, tak dawno, że jeszcze wtedy nie gotowałam, natchnęło mnie, żeby poprosić moją mamę o podanie mi przepisów na wszystkie jej popisowe dania. Spisałam jej słowa, prawie bez redakcji w takim szczególnym zeszycie. I miałam w nim przepis na bigos. Wiele lat nie spożytkowany. Aż do dziś. Francesco jakoś niedawno gmerał, że czemu nie zrobię bigosu. Wykręcałam się brakiem potrzebnych składników. Wczoraj spotkałam się z dziewczynami, z którymi razem tworzymy tu w Genui stowarzyszenie "Bratanki" i jakoś tak się złożyło, że byłam w odpowiednim czasie i w odpowiednim miejscu, aby brakiem składników nie móc się już zasłonić. W restauracji Kowalski zepsuła się lodówka i Agnieszka, moja koleżanka i współwłaścicielka, dała nam po siatce pełnej polskich dóbr. Mnie przypadła m.in. kapusta kiszona i kiełbasa śląska... No i sami widzicie...
Postanowiłam, że now or never. Dokupiłam brakujące składniki i zabrałam się do dzieła. Trzy godziny z życia wyjęte, ale jaka za to nagroda..! Bigos wyszedł jak ten mojej mamy. Poczułam się chwilę jak w domu. A to, wiadomo, jak karta Mastercard - bezcenne. 
Publikuję tu przepis mamy i wykonanie krok po kroku, jak to robiłam dzisiaj.


Składniki:

800 gr kapusty kiszonej
800 gr kapusty świeżej 
400 gr kiełbasy (u mnie śląska)
640 gr łopatki wieprzowej
ok. 200 gr przecieru pomidorowego
2 cebule
2 kostki rosołowe
odrobina oleju
liść laurowy
angielskie ziele
pieprz

Wykonanie:

Zaczynamy od pokrojenia kapusty świeżej. Kapustę dajemy do garnka, zalewamy wodą tak, aby woda pokryła kapustę i dajemy na palnik do zagotowania. Gdy kapusta zawrzy, odlewamy z niej całą wodę i wlewamy nową, gorącą wodę. Dodajemy 2 kostki rosołowe i gotujemy kapustę do miękkości przez ok. 15-20 minut. W tym czasie kroimy łopatkę w kostkę. Pokrojone mięso dusimy w wodzie z liściem laurowym, paroma ziarenkami ziela angielskiego i pieprzem do miękkości. Kroimy kiełbasę w półplasterki, a cebulę w miarę drobno. Cebulę i kiełbasę podsmażamy razem na patelni. Oceńcie sami, czy potrzebny jest tu olej do smażenia. U mnie nie było trzeba go użyć, bo kiełbasa puściła swój tłuszczyk, a cebula soki. Po usmażeniu wyłączamy ogień i zostawiamy wszystko na patelni. Zauważcie, że używamy już 3 palników (szaleństwo!). Wracamy do kapusty świeżej. Do tego czasu powinna już być ugotowana. Wycedzamy z niej wodę do garnka, w którym będziemy gotować kapustę kiszoną. Gotową kapustę odstawiamy na bok. Jeśli mięso jest już gotowe, odcedzamy z niego wodę i również odstawiamy je na bok. Zabieramy się za kapustę kiszoną. Odlewamy z niej wodę i kroimy na mniejsze kawałki. Dodajemy ją do garnka z wodą po poprzedniej kapuście i gotujemy do miękkości. Zajmuje to o wiele więcej niż ugotowanie świeżej kapusty, bo nawet do godziny czasu. 

Kiedy kapusta kiszona jest ugotowana i miękka, wycedzamy z niej całą wodę i następuje moment łączenia wszystkich składników: dwa typy kapust, kiełbasa z cebulą oraz mięso wieprzowe. Mieszamy dokładnie wszystkie składniki ze sobą. Na końcu dodajemy słoiczek przecieru pomidorowego wymieszany z niedużą ilością przegotowanej wody oraz dopieprzamy. Mieszamy jeszcze raz baaaaardzo dokładnie i voila! 3 godziny później i bigos jest :)

Wyszło mi 8 porcji jedzonych bez niczego (chleba, ziemniaków itp.).


niedziela, 20 maja 2018

Smoothie morelowe

Ktoś tu, moi drodzy, właśnie zakupił nowy, mocny blender ze szklanym pojemnikiem <dumna>. I nie zawaha się go użyć :) Pierwszą rzeczą, którą zrobiłam był oczywiście mój ukochany hummus, na który przepis znajdziecie tutaj CLICK, Ten przepis jest idealny, ostatnio odkryłam, że bez soli jest również bardzo dobry (sól już przecież jest w cieciorce, jeśli kupujecie w puszce lub jeśli gotujecie w osolonej wodzie). Ale ja nie o tym. Zaczęłam eksperymenty z różnymi rodzajami smoothie. 
Dzisiaj rano niechcący wyszło mi super smoothie morelowe. Francesco zażyczył sobie smoothie truskawkowo-bananowego, ale że nie mieliśmy w domu żadnego z tych owoców, zrobiłam smoothie z tego, co miałam i wyszło... zadziwiająco truskawkowe. Miało posmak truskawkowy, nie wiem, jak to wytłumaczyć :) Pyszne i zdrowe. Dzielę się przepisem.

Photo by Sonnie Hiles on Unsplash

Składniki na 1 ogromną porcję lub 2:

1 słodka pomarańcza
4 bardzo dojrzałe morele (mięciutkie)
125 gr jogurtu naturalnego
1 łyżka miodu

Wykonanie:

Obieramy dokładnie pomarańczę, usuwając białe narosty, i kolejne jej kawałki wrzucamy do blendera. Wybieramy te morele, które są bardzo miękkie, tak, że prawie rozchodzą się w palcach i obieramy je ze skórki oraz usuwamy pestkę. Dodajemy do blendera wraz z łyżką miodu i blendujemy. Kiedy są już dokładnie zblendowane, dodajemy jogurt i jeszcze włączamy na sekundę blendowanie, aby połączył się z pozostałymi składnikami. I gotowe. Można rozlewać do szklanek. 

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Ratatouille albo ratatuj

Zawsze poszukuję przepisów na dania warzywne, które równocześnie są syte i pełne różnorodnych smaków, aby je przyrządzać w poniedziałki, w tzw. meatless Mondays. Staram się jeden dzień w tygodniu jeść nie tylko bezmięsnie, ale i wegańsko. To danie jest jednym z tych, które wykorzystuję. Ratatouille albo ratatuj to nie tylko nazwa kreskówki, ale i danie pochodzące z kuchni francuskiej, w całości warzywne. Wykorzystuje warzywa, których szczyt sezonu przypada w Polsce na sierpień, a tu jakoś cały rok spotyka się: bakłażana, cukinię, pomidory i paprykę. Nie jest tajemnicą, że uwielbiam paprykę i każde danie z jej dodatkiem będzie mi smakować :) Nie mogłam jednak do pewnego momentu znaleźć dobrego przepisu na ratatuj. Ale o to jest, znalazłam i zapisuję tu - w mojej wirtualnej książce kucharskiej, na moim blogu. Stosuję wymiennie z leczo (bez bakłażana) czy z peperonatą (sama papryka z cebulą) do podawania z kaszą, ryżem lub quinoą. Ten przepis jest może bardziej czasochłonny, ale efekt jest taki, że warzywa nie są rozgotowane, zachowują swój kształt i smak. I uwaga! W przepisie nie ma soli!

Składniki:

2 bakłażany
4 małe cukinie (ja wolę cukinie o ciemnozielonej skórce niż te jasnozielone)
2 papryki o różnych kolorach
4 średnie pomidory albo puszka krojonych pomidorów (passata też może być)
średnia cebula
3 ząbki czosnku
świeża bazylia
inne zioła: tymianek, oregano, zioła prowansalskie, natka pietruszki (opcjonalnie)
papryczka chili (opcjonalnie)
odrobina octu winnego
1 łyżeczka cukru (obojętnie jakiego)
oliwa z oliwek

Wykonanie:

Wykonanie zaczynamy od umycia warzyw i pokrojenia ich. Bakłażana kroimy wzdłuż, a potem jeszcze na połowę wzdłuż i kroimy na plasterki. Cukinie kroimy w plasterki. Paprykę kroimy w kostkę. Cebulę można pokroić trochę grubiej, nie musi być drobniutka kostka. Czosnek obieramy i kroimy w plasterki. Jeśli używamy świeżych pomidorów, należy sparzyć je, naciąć i obrać ze skórki. Następnie kroimy je, usuwając nasionka. Rozgrzewamy patelnię, wlewamy na nią oliwę i przesmażamy bakłażany, mają się ugotować, ale nie rozgotować. Tak samo przesmażamy cukinie i paprykę. Po ugotowaniu wyjmujemy na miskę. Warzywa mają być ugotowane, ale nie za bardzo, będą miały jeszcze swoje 5 minut w sosie.
Przystępujemy do przygotowania sosu. W garnku rozgrzewamy oliwę i szklimy cebulę. Do cebuli dodajemy czosnek, mieszamy i przesmażamy. Następnie dodajemy cukier i wlewamy ocet winny (czerwony najlepiej), mieszamy składniki razem, po czym dodajemy pomidory (świeże lub z puszki). Mieszamy całość i doprowadzamy do zagotowania się. Dodajemy zioła, bazylię i inne według uznania, oraz, jeśli nie boimy się ostrości, papryczkę chili, przykrywamy garnek i obniżamy ogień do minimum. Sos ma się tak gotować przez 20 min. Po upływie tego czasu dodajemy do garnka wcześniej przesmażone warzywa: bakłażana, cukinie i papryki. Mieszamy wszystko razem, aby warzywa połączyły się z sosem pomidorowym, przykrywamy i zostawiamy na minimalnym ogniu na 5 min. Po tym czasie, jeśli w garnku mamy za dużo wody, wyparowujemy jej nadmiar, podkręcając ogień na większy. Po uzyskaniu pożądanej konsystencji danie jest gotowe.
Smacznego!

poniedziałek, 22 stycznia 2018

Uniwersalny przepis na domowe musli

Nowy Rok co roku wzbudza we mnie te same postanowienia, a wśród nich: jeść jeszcze zdrowiej. Mówię jeszcze zdrowiej, bo w jakiejś zdecydowanej większości odżywiam się zdrowo i mądrze. Jedyna rzecz, która jakoś tak kuwika i nie może wejść na odpowiednie tory, to śniadania. Jakoś tak z lenistwa i wygody często wybieramy naszą piekarnię na dole (nieszczęsne położenie!), która, tak się składa, oferuje najlepszą focaccię w mieście focaccii. Nie można jednak codziennie opychać się focaccią, która oprócz białej mąki i tłuszczu nie oferuje wielu wartości odżywczych! Dla mnie w zasadzie równoważnikiem zdrowego śniadania jest musli z jogurtem. Musli, dzięki swoim dobrze dobranym składnikom, ma bardzo wysoką wartość odżywczą. Jest to dobry sposób, żeby do swojego dziennego menu włączyć świeże (lub suszone) owoce, produkty pełnozbożowe, orzechy, nasiona oraz pestki, które mają nieoceniony wpływ na nasze zdrowie. W zasadzie poza przekąską około 16:00, nie widzę wielu okazji do wcinania tak sobie pestek czy orzechów, więc czemu by nie odhaczyć ich na liście już z samego i rana, mieć czyste sumienie i naprawdę dużego kopa energetycznego? No właśnie. Nie ma powodu, żeby tego nie robić :) Oprócz tego każdy, kto dba o to, aby zdrowo się odżywiać, musi pamiętać, jak ważne jest dostarczanie z pożywieniem omega-3. I tutaj przychodzą na ratunek orzechy włoskie, siemię lniane i modna ostatnio chia. Pisałam już wcześniej posta o domowym musli (KLIK TUTAJ), ale był to przepis na jedną porcję z uwzględnieniem kaloryczności. Teraz potrzebowałam przepisu na cały wielki słój musli, które po prostu wymieszam z jogurtem i owocem rano w ułamku mikrosekundy. I jak to zwykle bywa, przekopywałam Internety i na milionie istniejących blogów kulinarnych nic satysfakcjonującego nie mogłam znaleźć. Jeśli chodzi o tak popularną ostatnimi czasy granolę, to mam mieszane uczucia co do poddawania obróbce cieplnej tłuszczy zawartych w orzechach i pestkach, dlatego na granolę się raczej nie zdecyduję. Aż w końcu trafił się jeden jedyny post, który przedstawiał w sposób matematyczny, chce się powiedzieć, wzór (a nie przepis) na musli domowej roboty. Odsyłam do tego posta w języku angielskim TU, a ja Wam przedstawię, jak wykonać 1.7l słoik musli według swoich preferencji smakowych i tego, co akurat mamy w domu.




Składniki na musli:

400 gr dowolnych płatków zbożowych (lub ich mieszanki, mamy tu do wyboru m.in.: płatki owsiane, płatki jaglane, otręby owsiane itp. Wybierz swoją podstawę musli ;) )
200 gr orzechów (jakichkolwiek, polecam uwzględnienie zawsze orzechów włoskich ze względu na ich zawartość omega-3 oraz migdałów, które mają dużo wapnia i są bardzo zdrowe, ale to od Was zależy, jakich orzechów użyjecie)
150 gr suszonych owoców (rodzynki, żurawina, jagody goji, morele, figi itd. itp. Uwaga! Zwróć uwagę, czy nie są one z dodatkiem cukru i olejów roślinnych, nie chcemy ich!)
100 gr pestek i/lub nasion (I tu uwaga: ja wybieram nie dodawanie do mojego musli pestek czy nasion, a dodanie już bezpośrednio na talerz świeżo zmielonej porcji siemienia lnianego, o walorach mielenia na świeżo pisałam w moim poprzednim poście o musli. To pozostawiam do rozważenia każdemu we własnym zakresie.)

Wykonanie:

Orzechy, migdały i większe owoce trzeba pokroić na mniejsze kawałeczki. Oprócz tego odmierzam tylko odpowiednie proporcje, mieszam w misce i przekładam do słoika, który szczelnie zakręcam.

Przepis na wysokowartościowe śniadanie:

45 gr naszej mieszanki musli
1 świeży owoc (który akurat jest w sezonie, choć umówmy się, nie każdy pasuje do tego typu śniadania, ale to już pozostawiam Waszym kubkom smakowym. Według mnie super się sprawdzają owoce o bardziej słodkim i "przytłumionym" smaku, jak: banany, jabłka, gruszki, niż świeże i kwaskowate owoce, jak: melon czy grejpfruit.)
1 kubek jogurtu naturalnego pełnotłustego (ok. 125 gr), ewentualnie kefir, mleko lub mleko roślinne (ja mleka nie piję, plus chcę wykorzystać okazję na dostarczenie sobie probiotyku, dlatego wybieram jogurt)
1 łyżeczka dodatkowego dosładzacza, też według własnego uznania. Polecam: miód z pasieki ekologicznej, marmoladę, powidło, dżem domowej roboty czy syrop klonowy

wtorek, 26 grudnia 2017

Sałatka z porem, której nie jadłam od prawie 25 lat

Mam ze sobą na emigracji taki zeszyt. Jest to w zasadzie zeszyt do ćwiczeń z nie pamiętam jakiego przedmiotu na pierwszym roku studiów, który użyłam na nowo, kiedy to zmusiłam moją mamę do przekazania mi przepisów na dania, które funkcjonują w naszej rodzinie, niektóre od pokoleń myślę. Jakoś niedawno przyszła do mnie myśl, że w tym zeszycie mam przepis na sałatkę z porem, której nie robi się u nas w domu ani u mojego rodzeństwa. Kiedyś, kiedy byłam jeszcze w szkole podstawowej, jadłam u mojej przyjaciółki z dzieciństwa tą sałatkę i mi bardzo posmakowała. Poprosiłam ją o przepis, ale ona powiedziała, że musi go zdobyć od autorki, czyli teściowej jej brata. Teściowa łaskawie podzieliła się ze mną przepisem, który ja zapisałam potem w tym zeszycie i od tego czasu nigdy go nie wykorzystałam (!). No i właśnie niedawno, na początku grudnia przyszła do mnie ta myśl, żeby może odtworzyć ten smak dzieciństwa i zobaczyć, czy nadal mi będzie smakował. Był tylko jeden problem: sałatka wymaga użycia musztardy krem z gorczycy z miodem krakowskiej firmy Konik, której oczywiście znikąd w Genui nie mogę dostać. Podzieliłam się swoimi pragnieniami i problemami ekspatriantki na mojej stronie na Facebooku, jakoś tak, jak dzielę się wszystkimi moimi ochotami czy zachwytami smakowymi. Moje zaskoczenie było ogromne, kiedy napisała do mnie moja koleżanka z mojej ostatniej pracy w Polsce, oferując przysłanie mi paczki z tąże musztardą (i innymi produktami wedle życzenia). Niesamowity gest i z tego miejsca chcę jeszcze raz podziękować gorąco kochanej Iwonie Bąk za tą cudną niespodziankę. Paczka z musztardą przyszła w piątek przed samym weekendem świątecznym, więc nie było już wymówek, tylko robić sałatkę. Zaoferowałam mojej włoskiej rodzinie, że pojawię się z "insalata russa polacca" w Boże Narodzenie, na co oni przyklasnęli, bo już wcześniej robiłam dla nich jarzynówkę i meksykańską, o czym pisałam w tych dwóch postach KLIK i KLIK. Cóż mogę powiedzieć, moje gusta kulinarne się nie zmieniły, sałatka i tym razem podbiła moje (i całej włoskiej rodziny) podniebienie. Post i danie zdecydowanie od teraz dedykowane mojej przyjaciółce z dzieciństwa Jasi i teściowej jej brata oraz Iwonce. Idealna na święta i na imprezę sylwestrową, w zasadzie bez okazji też świetnie się nada ;) Zrobiłam z połowy sugerowanych składników.


Składniki:

2 pory, część biała
150-180 gr ogórków kiszonych (najlepiej użyć domowych)
6 jaj ugotowanych na twardo
220 gr tartego sera żółtego (najlepiej sprawdza się ser typu cheddar, ja użyłam holenderskiego sera extra belengen, zamawianego przez moją znajomą Holenderkę z Holandii)
1 puszka groszku
170 gr jogurtu greckiego (w oryginalnym przepisie jest kwaśna gęsta śmietana)
4 łyżki czubate majonezu
4 łyżki musztardy krem z gorczycy z miodem firmy Konik
pieprz czarny i sól do smaku

Wykonanie:

Pory kroimy wzdłuż na pół i potem na plasterki. Następnie przekładamy je na sito i przelewamy wrzącą wodą, po czym zimną wodą z kranu. Zostawiamy je do ocieknięcia. Ważne jest, żeby je dokładnie osuszyć, ja potem wyłożyłam je jeszcze na talerz wyłożony podwójnym ręcznikiem papierowym, żeby wchłonął wilgoć. Kroimy w drobną kostkę jajka, ogórki i odcedzamy groszek. Wszystkie razem łączymy w naczyniu, w którym będziemy mieszać sałatkę. Dodajemy do tego świeżo starty na grubych oczkach ser żółty. Doprawiamy solą i pieprzem według uznania, uwzględniając słoność użytego majonezu. Całość polewamy wymieszanym wcześniej sosem majonezowo-musztardowo-jogurtowym i dokładnie mieszamy całość. Sałatka musi zostać schłodzona w lodówce przez jakiś czas, również po to, żeby jej składniki miały szansę się "przegryźć". I smacznego!

środa, 25 października 2017

Dieta śródziemnomorska - co tak naprawdę oznacza?

Nie odkryję Ameryki, gdy stwierdzę, że w gąszczu przeróżnych sposobów odżywiania (aka diet) można się pogubić i że już mamy naprawdę dość wysublimowanych nazw, typu: paleo albo keto, które nic nam nie mówią, a gdy już się z nimi zapoznamy, okazuje się, że ktoś nam proponuje zrezygnowanie z jakiejś grupy produktów spożywczych. Czy aby na pewno, żeby być zdrowym i pięknym i szczupłym, trzeba z czegoś rezygnować?
Ci, którzy interesują się zdrowym odżywianiem i dietetyką, nawet bardzo sporadycznie, słyszeli zapewne o sławnej diecie śródziemnomorskiej. Dla laika termin ten przywołuje bardzo szeroki zakres skojarzeń, niektórych słusznych, a niektórych nie. Zapewne dieta śródziemnomorska kojarzy się nam z oliwą z oliwek i jedzeniem ryb i owoców morza. I słusznie. Termin ten myląco może wskazywać, że taki sposób jedzenia prezentują wszystkie kraje leżące wokół basenu Morza Śródziemnego, a nie, tutaj należy się sprostowanie.
W dietetyce terminem dieta śródziemnomorska określa się styl jedzenia Kreteńczyków oraz mieszkańców południowej Grecji i Włoch w latach 60 i 70. Wiedzieliście!? Pewnie niekoniecznie. I ten właśnie sposób odżywiania się uznaje się za wzorcowy i najbardziej zbilansowany, a także gwarantujący wolność od chorób i długowieczność.

© Francisco Arara/Thinkstock

Przyjrzyjmy się zatem, co i jak jadali Kreteńczycy, aby wyłuskać sobie wytyczne ich diety.

1. Źródło tłuszczy
Tłuszcze stanowiły 35-40% ich dziennej dawki kalorycznej. Ale uwaga, źródłem tłuszczu była głównie oliwa z oliwek i oliwki (nie masło, smalec, czy tłuszcze zwierzęce). Wniosek, który się narzuca sam, jest taki, że nie należy bać się tłuszczu jak ognia, trzeba zadbać, aby był to dobry dla zdrowia tłuszcz. 

2. Mięso czerwone
Kreteńczycy jedli mięso czerwone tylko podczas świąt i zaledwie co drugi tydzień (!). Kurczaka jedli częściej, ale tylko raz do dwóch razy w tygodniu.

3. Ryby
Możecie się pewnie domyślić, że bliskość morza zapewniała, że pojawiały się na stole 1-2 razy w tygodniu. 

4. Mleko i nabiał
Kreteńczycy nie spożywali dużych ilości nabiału, mówi się, że szklankę mleka dziennie. Pozostałe zapotrzebowanie na nabiał zaspokajał ser, ale raczej ten świeży niż bardzo dojrzały.

5. Jajka
2-3 tygodniowo.

6. Ślimaki
Były jednym z głównych źródeł białka. Te kreteńskie ponoć zawierają więcej omega-3 niż te francuskie.

7. Zboża
Spożywali tylko produkty pełnoziarniste, jak sławne jęczmienne suchary (paximadi), ale także ryż i pszenicę. Biały chleb był zarezerwowany tylko na świętowanie.

8. Strączkowe i ziemniaki
Zaspokajały potrzebę węglowodanów. Strączkowce były jedzone w ilości 3 porcji na tydzień (głównie fasola).

9. Warzywa i owoce
Stwierdzono, że Kreteńczycy jedli więcej owoców niż w jakimkolwiek innym kraju basenu Morza Śródziemnego. Posiłki w znacznej części były oparte na warzywach, z czego ważną rolę odgrywała dziko rosnąca zielenina (tzw. horta).

10. Umiarkowana konsumpcja wina
Nawet 1-2 szklaneczek (małych, nie naszego rozmiaru) dziennie.

Jak dla mnie to brzmi naprawdę rozsądnie. Rezultaty są potwierdzone naukowo przez np. długą żywotność mieszkańców wysp greckich. I co się okazuje? Nie musimy niczego z diety eliminować. Niektóre rzeczy należy tylko ograniczyć.

Ja osobiście od jakiegoś roku staram się podążać za tym modelem odżywiania się. Kiedyś na 8 miesięcy wyeliminowałam mięso czerwone, jednak po przeprowadzce do Włoch wróciłam do niego. Staram się teraz jeść mięso czerwone tylko raz w tygodniu i jest to dla mnie idealna sytuacja. Jeśli chodzi o ryby i owoce morza, chętnie jadłabym je dwa razy w tygodniu, jednak ich cena wymusza zmniejszoną częstotliwość, tak więc jest to raz w tygodniu (czasem na tuńczyku z puszki pozostając). Kurczak lub indyk - również raz w tygodniu.
Co jest bardzo ważne, jemy już od bardzo dawna 2-3 jajek tygodniowo i tego się trzymamy ściśle. Francesco nie lubi jajek za bardzo, więc jest szczęśliwy z dwoma, ja natomiast uwielbiam jajka, ale uważam, że ich ograniczenie jest dobre zarówno ze względów zdrowotnych, jak i innych. 
Oboje bardzo lubimy strączkowce i pojawiają się w menu rodzinnym przynajmniej 2 razy na tydzień, pod różnymi postaciami: fasolki borlotti, czerwonej, Jasia, soczewicy, cieciorki, grochu czy groszku. 
Staram się, aby danie bazowało na warzywach, a wszystko inne było dodatkiem, tak w skrócie mówiąc. 

Mam nadzieję, że da Wam do myślenia styl życia i jedzenia zacnych Kreteńczyków. Ja moją wiedzę na temat diety śródziemnomorskiej czerpię głównie od Greczynki urodzonej i wychowanej w Stanach Zjednoczonych, Eleny Paravantes, obecnie mieszkającej w Atenach, która jest dyplomowanym dietetykiem i której bloga Olive Tomato śledzę chętnie i z zaciekawieniem.

niedziela, 24 września 2017

Sos z włoskiej kiełbasy z polentą - danie zimowe z północnych Włoch

Klimat północnych Włoch nie jest tak łagodny, jak południowych i w zimie potrafi być naprawdę zimno. Mieszkańcy północnych regionów, zwłaszcza wiejskich, wykształcili swoje sposoby na ogrzanie się i przetrwanie chłodniejszych miesięcy. Jednym z nich jest polenta z sosem - danie rustykalne i bardzo proste do zrobienia, a przede wszystkim przepyszne. Ponoć Włosi z południa nazywają tych z północy polentoni. My w czwartek wróciliśmy z Polski z mocnym postanowieniem niejedzenia już kiełbas, ale tak jakoś wyszło, że dziś na obiad był sos z kiełbaskami z polentą... Słowem wyjaśnienia, kiełbasa włoska, czyli salsiccia, jest z surowego mięsa wieprzowego, więc nie da się jej jeść zanim ją ugotujemy. Polentę wykonuje się natomiast z mąki lub kaszki kukurydzianej, jest więc gluten free. Ja polecam pójść na łatwiznę i zakupić tą wcześniej podgotowaną, aby skrócić czas jej przygotowania. 
Jest to solidne danie, które przypomina trochę kuchnię polską ze względu na użycie wieprzowiny i jego sytość. Polecam wypróbować w tym sezonie szczególnie.



 

Składniki:

Na sos :

pół cebuli pokrojonej drobno
ząbek czosnku pokrojony drobno
garść pokrojonego drobno selera naciowego
pół marchewki (opcjonalnie) 
garść suszonych grzybów leśnych (najlepiej prawdziwków) namoczonych we wodzie
3 włoskie kiełbaski (tzw. salsicie)
1l passaty pomidorowej
szczypta soli, pieprzu i cukru
pół papryczki chili (opcjonalnie)
oliwa z oliwek do podsmażenia

Polenta:
375 gr polenty już podgotowanej (czas jej przygotowania to 8 min., my użyliśmy polenty firmy Valsugana)

Wykonanie:

Wykonanie sosu: 
Wykonanie zaczynamy od pokrojenia drobno cebuli, czosnku, selera naciowego, marchewki i chili (jeśli używamy) oraz namoczonych grzybów i ich podsmażenia w garnku na niewielkiej ilości oliwy. Do tego dodajemy kiełbaski w błonie (można też wycisnąć samo mięso z błony, jeśli ktoś woli w ten sposób) i podsmażamy do czasu, gdy zbrązowieją lekko. Następnie wlewamy do garnka passatę pomidorową i przyprawiamy całość szczyptą soli, pieprzu oraz cukru. Tak połączone składniki muszą się gotować na minimalnym ogniu przez 2 godziny.

Wykonanie polenty:
Według instrukcji na opakowaniu: doprowadzamy do zagotowania 1,5 l osolonej wody, kiedy wrzy, wsypujemy polentę, bezustannie energicznie mieszając w jednym kierunku. Po około 5-8 minutach polenta jest gotowa do serwowania na talerze. Polewamy ją sosem z kiełbaskami. Wierzch Włosi posypują tartym parmezanem oczywiście ;)
Polenty zazwyczaj zostaje i po czasie twardnieje. Włosi kroją ją i smażą, aby wykorzystać pozostałości.

wtorek, 5 września 2017

Sałatka ziemniaczana z wasabi

Bohaterką tego posta będzie moja znajoma, z którą zaprzyjaźniłam się po przyjeździe do Genui. Przeprowadzka do Genui oznaczała dla mnie konieczność zaklimatyzowania się w trzecim obcym dla mnie kraju (po Wielkiej Brytanii i Grecji). Oprócz znajomych Franceska nie miałam tu prawie nikogo, a teraz jeszcze jestem mamą. W Atenach moją mamą, teściową i całą wioską (It takes a village to raise a child) była dla mnie grupa na Facebooku Foreign mothers and mothers-to-be living in Athens. Postanowiłam taką samą założyć w Genui, aby, obchodząc barierę językową, stworzyć sobie grupę wsparcia mam angielskojęzycznych lub tych znających język angielski. Wtedy poznałam Maeve, mamę 6-letniej Silvii i Niccolo, który jest o 2 miesiące młodszy od mojego syna. Maeve jest Chinką z Singapuru, jedyną osobą, którą znam z tego kraju. Przez jej pryzmat poznaję Singapur. Wymieniamy się wiedzą na temat kuchni naszych korzeni.
Dzisiaj przedstawię Wam przepis na przepyszną sałatkę, którą włączyłam do swojej rodzinnej książki kucharskiej dzięki Maeve. Ziemniaki, chrupiący boczek i wasabi, a więc to, co lubię. Sałatka świetnie nadaje się na imprezę domówkę, na grilla albo po prostu na rodzinną niedzielną kolację (małe dzieci jednak nie będą jej jeść ze względu na chrzan japoński). Mówię niedzielną, bo jak dla mnie jest to raczej danie na tzw. "cheat day" ze względu na boczek i majonez w jej składzie. Zapraszam do zapoznania się z przepisem.



Sałatka ziemniaczana z wasabi

 

Składniki:

0,5 kg ziemniaków
150 gr boczku wędzonego
4 laski selera naciowego
2 garści pokrojonej zielonej cebulki
170 gr majonezu
3 łyżki wasabi (ilość wasabi proszę regulować zgodnie ze swoim smakiem i odpornością, jak dla mnie mogłyby to być nawet więcej niż 3 łyżki)
sok wyciśnięty z połowy dużej cytryny
sól i pieprz do smaku

Wykonanie:

Zaczynamy cały proces od umycia ziemniaków i ugotowania ich w mundurkach. Ziemniaki sprawdzamy najlepiej, wbijając nóż w najszerszym miejscu największego z nich. Jeśli nóż wchodzi gładko, ziemniaki są ugotowane. Nie przegotujmy ich, muszą trzymać formę, aby ładnie się prezentować w sałatce. Ugotowane ziemniaki przestudzamy, obieramy ze skórki i kroimy w dużą kostkę. W czasie kiedy gotują się ziemniaki, możemy przystąpić do przygotowania boczku. Wszystko zależy od tego w jakiej formie go kupiliśmy. Jeśli jest w całości, musimy go pokroić w drobną kostkę, jeśli w plasterkach, kroimy na mniejsze części. Ja kupiłam już pokrojony w kostkę. Należy go wyłożyć pokrojonego na patelnię i na bardzo niskim ogniu podsmażać aż do momentu, gdy boczek będzie chrupki. Boczek przekładamy do miski z pokrojonymi ziemniakami bez tłuszczu, który z niego wytopiliśmy. Seler naciowy kroimy w półksiężyce i dodajemy wraz z zieloną cebulką do miski z ziemniakami i boczkiem. Przystępujemy do przygotowania sosu. W miseczce mieszamy majonez z wasabi, sokiem z cytryny i doprawiamy go solą i pieprzem. Całość mieszamy dokładnie i zalewamy nasze składniki. Wszystko razem mieszamy najlepiej plastikową lub drewnianą łyżką, aby nie rozpaćkać naszych ziemniaków (w zależności od rodzaju ziemniaków może być z tym różnie, a dobrze, żeby ziemniaki zachowały kształt kostki ;) ). Sałatka musi "oddychać" minimum godzinę w lodówce przed podaniem, ale nie dłużej niż 2 godziny. 
Smacznego!

sobota, 26 sierpnia 2017

Polpettone alla genovese - stały element letniego menu genueńczyków

Z Polski dochodzą do mnie głosy, że jesień już czuć w powietrzu i lato to w zasadzie już przeszłość. Tu w Genui jeszcze trwa. Dzisiaj postanowiłam opowiedzieć Wam o ważnym letnim daniu typowym dla kuchni liguryjskiej, a mianowicie o polpettone alla genovese. Polakowi nazwa może przywieść na myśl, błędnie, pulpety, czyli danie z mięsa mielonego. Nic podobnego jednak. Jest to danie czysto wegetariańskie na bazie ziemniaków. Kiedy widzę, że teściowa zaczyna robić polpettone, to dla mnie znak, że jest lato i jest świeża fasolka szparagowa w sezonie. A teściowa robi to danie każdego tygodnia i jest to jej popisowe, też i dlatego, że jest ona prawie że wegetarianką, a napewno miłośniczką warzyw. Polpettone to świetny sposób na wykorzystanie fasolki w nieco inny sposób, a samo danie jest łatwe do zrobienia i służy doskonale jako przystawka albo danie samo w sobie (w parze z sezonową zieleniną). Myślę, że ziemniakolubnym Polakom (ze mną na czele) przypadnie do gustu.




Składniki na ok. 4 porcje

4-5 ziemniaków w miarę dużych
300 gr świeżej zielonej fasolki szparagowej 
4 jajka
2 łyżki tartego parmezanu lub grana padano
1 cebula
1 łyżka majeranku
sól 
bułka tarta do posypania dna formy
oliwa z oliwek do podsmażania cebuli i do natłuszczenia formy

Wykonanie:

Zaczynamy od ugotowania ziemniaków w łupkach i ugotowania fasolki szparagowej z odciętymi końcówkami w lekko osolonej wodzie. Ugotowane ziemniaki obieramy z łupki i gnieciemy tłuczkiem do ziemniaków w misce, gdzie będziemy mieszać ze sobą pozostałe składniki. Ugotowaną fasolkę szparagową kroimy na mniejsze kawałki i dodajemy do ziemniaków. 
Pokrojną drobno cebulę podsmażamy na patelni do zrumienienia. Następnie dodajemy ją do miski z ziemniakami i fasolką. Dodajemy tarty ser, jajka w całości, majeranek i sól do smaku (nie za dużo, parmezan jest słony!). Całość mieszamy dokładnie, aby składniki się połączyły ze sobą. Przygotowujemy okrągłą lub prostokątną formę lub naczynie żaroodporne, nacierając je tłuszczem i podsypując dno bułką tartą. Naszą mieszankę przekładamy do foremki. Gospodynie robią na masie wzorki widelcem, można to zobaczyć na zdjęciu. Pieczemy w piekarniku nagrzanym do 200 stopni przez 35-40 minut. Po wyjęciu polpettone jest w zasadzie gotowe do konsumpcji, jednak genueńczycy jedzą je schłodzone (to w końcu danie, które je się w lecie).

wtorek, 22 sierpnia 2017

Parmigiana, czyli sezon na bakłażany w pełni

Kochani, wiem, że nie było mnie tu za długo. Przykro mi z tego powodu. Zapewniam, że mam ogromną, trwającą już czwarty rok chęć pisania o jedzeniu i całą masę rzeczy w głowie i na talerzu, którymi chcę się podzielić z Wami. Na Facebooku zapewniliście mnie, że moje pisanie komuś się przydaje i daliście naprawdę pozytywnego kopa do działania. Będzie ciekawie, będzie zdrowo i będzie pysznie. 
Mamy koniec sierpnia. Sezon na bakłażany jest w swoim szczycie. Widzę w sieci, że robicie ratatuje, makarony alla norma i inne pyszne dania, a mnie wzięło na zrobienie parmigiany, którą dotąd jadłam tylko wykonaną przez Franceska lub teściową. Nie jest to przepis szybki, łatwy i przyjemny, jakie lubię, ale jego efekt finalny wynagradza ciężką pracę ;) Poza jego smakiem, ważne jest dla mnie to, że wspiera moje dążenia do niejedzenia mięsa zbyt często. Po przeprowadzce do Włoch niestety zaczęłam jeść znowu wędliny i mięso czerwone. W tym momencie staram się nad tym zapanować i jeść mięso czerwone tylko dwa razy w tygodniu. Parmigianę zrobiłam dzisiaj na kolację. Jest bardzo sycąca, nawet dla mojego partnera, który zazwyczaj, jak to typowy mężczyzna, musi konkretnie sobie podjeść, a najlepiej mięsem ;) 
Tak więc idealna w sierpniu, na meatless Monday i dla wegetarianów, ale wymaga poświęcenia odrobiny więcej czasu. Nie muszę chyba pisać, że to danie kuchni włoskiej. Zapraszam!

 

Parmigiana di melanzane

 

Składniki  na ok. 6 porcji:

Ok. 1,5 kg bakłażanów (u mnie to były 2 pokaźne)
150 gr tartego parmezanu
2 puszki pomidorów krojonych na sos lub ok. 900 ml passaty pomidorowej
250 gr mozzarelli
ząbek czosnku
świeże liście bazylii
oliwa z oliwek
pieprz, sól, szczypta cukru do sosu
sól gruba morska do posypania bakłażanów

Wykonanie:

Zaczynamy całą dość długą operację od umycia bakłażanów, odcinamy ich charakterystyczny łepek i tniemy je wzdłuż na 4-5 mm grubości plastry. Po pokrojeniu najlepiej ułożyć je na sitku lub kratce (żeby woda mogła swobodnie z nich wykapać), posypać solą, jeśli mamy najlepiej grubą, i przycisnąć talerzem i czymś ciężkim. W ten sposób przygotowane bakłażany zostawiamy na minimum godzinę, ale najlepiej na kilka godzin. Wypłynie z nich mnóstwo wody, co ustrzeże danie przed zbytnią ilością płynów w końcowym efekcie.

W tzw. międzyczasie można przygotować sos pomidorowy. Rozgrzewamy oliwę na patelni i opiekamy na niej przez chwilę czosnek. Kiedy czujemy jego piękny zapach, a kolor czosnku zrobi się lekko brązowawy, wlewamy na patelnię pomidory lub passatę. Doprawiamy je solą, pieprzem, szczyptą cukru oraz porwanymi liśćmi świeżej bazylii. Kiedy pomidory zawrzą, zniżamy ogień i zostawiamy je gotujące się pod przykryciem przez ok. 35 min. Jeżeli sos jest zbyt wodnisty, w końcowym etapie podkręcamy ogień na większy i ściągamy przykrywkę, aby wyparować nadmiar wody. Sos ma być gęsty w miarę.

Bezpośrednio przed rozpoczęciem właściwego procesu przygotowywania dania myjemy bakłażany z soli i osuszamy czystą ścierką lub ręcznikami papierowymi. Następnie smażymy bakłażany na patelni z obu stron aż do ich zmięknięcia i układamy na talerzu wyłożonym ręcznikiem papierowym, aby wchłonął nadmiar oleju.

Kroimy w kostkę mozzarellę i trzemy parmezan.

Mamy już gotowe wszystkie składniki, dlatego możemy przystąpić do ich składania w całość. Potrzebujemy naczynie żaroodporne o wymiarach 20x30 cm. Smarujemy jego dno sosem pomidorowym, na którym układamy warstwę bakłażanów. Smarujemy je sosem pomidorowym i posypujemy kosteczkami mozzarelli. Ponownie układamy warstwę z bakłażanów, smarujemy ją sosem i posypujemy mozzarellą. Całość posypujemy startym parmezanem i gotowe.

Piekarnik nagrzewamy do 200 stopni i pieczemy danie przez ok. 40 min.

Smacznego!

wtorek, 5 lipca 2016

Plusy i minusy greckiej kuchni z mojej perspektywy

Moi Drodzy, 31 maja opuściłam Grecję na tak zwane "zawsze" (choć, Boże proszę, żeby to nie było "na zawsze", muszę zwiedzić te tysiące przepięknych wysp, których nie dałam rady zobaczyć). Szczęśliwie spędziłam w tym kraju 2 lata, 4 miesiące i 6 dni. Przeniosłam się, poniekąd z powrotem, do Ligurii, choć tak naprawdę w Ligurii nigdy nie mieszkałam, jednak spędziłam tu mnóstwo czasu w przeszłości, no i stąd wyjechałam do Aten. Blog jest więc teraz pisany z Genui, stolicy regionu Liguria, który jest jednostką administracyjną Włoch ;) Ten post chciałabym poświęcić temu, co według mojej subiektywnej oceny Grecja ma najlepszego oraz w czym nie może konkurować z innymi w dziedzinie kulinariów.
Zacznę może od tych mniej pozytywnych rzeczy. Kuchnia grecka po dłuższym pobycie może naprawdę znudzić ze względu na dość ubogi wachlarz dań i produktów. Czasem ma się wrażenie, że Grecy żyją tylko fetą, oliwkami, pomidorami i mięsem grillowanym, ewentualnie gyrosem. Jest to dość przykra obserwacja, ale sam spacer w turystycznym centrum Aten może potwierdzić to, co właśnie napisałam. Wszechotaczający zapach gyrosów i mięsa, a do tego feta, tzatziki i sałatka grecka (a ta też z fetą). Pewnie zaraz po stwierdzeniu tego zostałabym zaatakowana argumentem, że Grecy mają większą różnorodność serów i dość duży wybór dań wegańskich czy bazujących na warzywach. I jest to prawda. Grecy mają kilka innych serów, na przykład mizithrę, która jest bardziej kremowa i mniej słona od fety (lub w ogóle nie słona, ma ponoć dwie odmiany, choć tej drugiej nie próbowałam), a którą uwielbiam. Mają też grawierę, twardy ser o wyrazistym smaku, czy kilka innych odmian używanych do zrobienia smażonego, panierowanego sera saganaki (a są to: kefalograwiera, kasseri, kefalotyri czy czasem halloumi, ale to cypryjski ser). Jednakowoż wrażenie jest takie, że jest tylko feta i fetę dodaje się dosłownie do wszystkiego. Druga sprawa to ogromnie wysokie spożycie mięsa, przy, a jakże, występowaniu tradycyjnych dań, które są w więszkości roślinne tylko i wyłącznie. Z tego, co udało mi się dowiedzieć, gdyby sięgnąć do korzeni, grecka dieta była oparta na warzywach i oliwie z oliwek, nabiale i umiarkowanym spożyciu mięsa. Kultura jedzenia mięsnych fast foodów przyszła wraz z otwarciem się na kulturę zachodnią. Ile w tym prawdy? Nie wiem. Jednakowoż istnienie w kuchni greckiej takich dań jak: gemista, fasolakia (o których pisałam w poprzednich postach), fasolada, gigantes, które są daniami WEGAŃSKIMI, potwierdzałoby tą teorię. Teraz dość ciężko jednak jest znaleźć tawernę, która by serwowała te dania, choć należy zaznaczyć, że sezonowość odgrywa tu rolę (Grecy nigdy nie oferowaliby zupy fasolowej w lecie, czy gemista np., jest daniem typowo letnim, ponieważ jest z pomidorów i papryki). Podejrzewam, że wiele z tych dań jest robionych w domach, a niestety nie są często i powszechnie oferowane w tawernach (ze względu na popyt?).
Tak, Grecy jedzą też ryby i owoce morza, ale nie podoba mi się sposób ich przyrządzania. W większości smaży się je na głębokim oleju (kalmary, krewetki np.), a już w ogóle nie podoba mi się przyrządzanie ośmiornicy na grillu, co zawsze skutkuje zbytnim jej przypaleniem i zwęglonym posmakiem. To jest moje osobiste zdanie i zdaję sobie sprawę, że wiele osób całkowicie się ze mną nie zgodzi. Jeśli chodzi o przyrządzenie owoców morza, Włosi są w tym o niebo lepsi. Wyjątkiem jest krewetkowe saganaki, czyli przyrządzenie krewetek w garnku w sosie pomidorowym i podanie z pokruszoną po wierzchu (czym?) fetą :) Saganaki to nazwa garnka, w którym się przyrządza różne rzeczy, stąd smażony panierowany ser nazywa się saganaki, ale i krewetki w sosie pomidorowym z fetą również. Więc za krewetkowe saganaki duży plus dla Greków ode mnie.
Jak już wspomniałam o pozytywach, przekieruję się już wkrótce na wskazanie mocnych stron kulinariów w Grecji. Podsumuję tylko, co uważam za naprawdę słabe. Przede wszystkim brak różnorodności, który skutkuje tym, że o ile turysta może być w pełni usatysfakcjonowany, o tyle już ekspatriant mieszkający dłużej w Grecji będzie po prostu znudzony monotonią smaków. I tego doświadczyłam ja. Idąc na zakupy do supermarketu, miałam wrażenie, że w ofercie jest tylko feta, oliwki i oliwa. Mówiąc o kiepskich produktach, muszę wspomnieć wędliny, które w Grecji są złe, naprawdę złe, z kiełbasą na czele. Greckie wino również nie należy do dobrych. Auć... Wyszła mi z tego dość mocna krytyka. Jednakowoż są rzeczy nie do podrobienia, które ma tylko Grecja i z tego względu, jadąc do Grecji, nie zapomnijcie się w nie zaopatrzyć na drogę :)
Od czego zacznę? Co Grecja ma najlepszego? Oczywiście OLIWKI. Przekonałam się o tym po przyjeździe do Italii, której kuchnię oceniam ogólnie dużo wyżej, jednak oliwki... Grecy są niepodważalnymi królami. A co za tym idzie również oliwa z oliwek jest najlepsza grecka. Ja kupowałam oliwę od znajomych, którzy mieli swoje sady oliwne i dawali do wyciśnięcia oliwę w miejscowych zakładach. Była to więc tłoczona na zimno, 100% organiczna oliwa i nie miała sobie równych. Oliwki i oliwa. Co jeszcze? Oczywiście, że ta feta, która zdaje się być jedyną, ale i jest królową greckich serów. Znajomy Grek kiedyś mi powiedział, że Grecy nie eksportują fety i wszyskie te "fety", które są dostępne w innych krajach są w tychże krajach produkowane i są to sery fetopodobne. I znowu, nie wiem, ile w tym prawdy, choć mając w pamięci naszą fetovitę, czy coś w tym stylu oraz fetę, którą kupiłam tu we Włoszech, skłaniałabym się ku prawdziwości tej teorii. Feta smakuje dobrze tylko w Grecji i jeśli ktoś nie jadł fety w Grecji, nie wie, jak smakuje feta. I co za tym idzie sałatka grecka - tylko w Grecji. Ze względu na to, co napisałam: jej 3 ważne składniki tylko i jedynie w Grecji są najlepsze - feta, oliwki i oliwa z oliwek (ale również ogórek, próbowaliście ogórków we Włoszech? Mają tu inną odmianę, choć my w Polsce mamy tą samą, co w Grecji). Plus odmiana papryki używana do wykonania sałatki greckiej jest chyba tylko w Grecji, przynajmniej na razie nie przypominam sobie, żebym ją gdzieś widziała w innych krajach... No i pomidory... W Grecji najlepsze. Skoro jestem w temacie warzyw, w Grecji są naprawdę pyszne, z wyjątkiem ziemniaków. Pomidory miażdżą system. Jak i pomarańcze. Najlepsze w Grecji. Ktoś się z tym nie zgadza i wie, gdzie są lepsze pomidory i pomarańcze? Dajcie znać! 


Czyli były tak:
numer 1 OLIWKI
oliwa z oliwek (najlepiej z prywatnych sadów tłoczona na zimno)
feta
pomidory w lecie
pomarańcze w zimie
Zaszczytne szóste miejsce przypada nie komuś innemu, tylko panu Jogurtowi. Greckiemu oczywiście ;) Jest przepyszny i nie do podrobienia z jakichś niewyjaśnionych przyczyn.
O najważniejszych rzeczach już wspomniałam. Grecy mają również bardzo dobry miód, ale parę innych krajów również może się tym poszczycić. Jadąc do Grecji, zaopatrzyłabym się jeszcze w tahini, szerrroko dostępne (w każdym supermarkecie) i nie aż tak drogie, jak w innych krajach, gdzie jest uważane za produkt wysoce orientalny.
Zdaję sobie sprawę, że kogoś mogłam oburzyć (a już na pewno Greków, którzy są dość dumni ze... wszystkiego ;) ) i jestem otwarta na inne opinie, bo tak, jak na początku wspomniałam jest to moja subiektywna lista plusów i minusów greckiego jedzenia. Piszcie z czym się zgadzacie, a z czym (absolutnie) nie w komentarzach. Kali sas orexi! :-)

niedziela, 8 maja 2016

Chilli senza carne, czyli wrapy z bezmięsnym nadzieniem w stylu meksykańskim

Jeżeli ten blog ma reprezentować mnie i to, co się dzieje w mojej kuchni, nie może zabraknąć tego prostego dania. O sympatyzowaniu z kuchnią meksykańską pisałam już wiele razy. Te wrapy jedliśmy na długo przed tym, jak przestałam jeść wołowinę, ale teraz są wyjątkowo przeze mnie doceniane i często robione, jako substytut chilli con carne (na które przepis znajdziecie TUTAJ). Ta prawie już monotematyczność w kuchni wynika z naszego szczególnego umiłowania chili (to na pierwszym miejscu), papryki oraz fasoli. Naprawdę często gotujemy dania z wykorzystaniem tych 3 składników. 



Składniki na około 4 wrapy:

paczka tortilli według swojego uznania
2 papryki idealnie różnokolorowe
2 papryczki chilli (będzie ostre i ma być ostre ;) )
1 cebula
puszka fasoli czerwonej
puszka kukurydzy 
ok 250 ml passaty pomidorowej
2 ząbki czosnku
kmin rzymski i słodka papryka do przyprawienia
sól i pieprz do smaku
oliwa lub olej 

Opcjonalnie do zawijania:
tarty ser żółty 
limonka
jogurt naturalny
awokado

Wykonanie:

Zaczynamy od umycia, wycięcia gniazd nasiennych i pokrojenia w grubą kostkę papryk (mogą być też paski lub półpaski). Chilli, jeśli mamy świeże również myjemy i kroimy drobno. Ja użyłam jasnozielonego, długiego chilli, które jest tu w Grecji do kupienia w sklepach. Wyglądają jak na zdjęciu poniżej. Suszone małe czerwone papryczki też się nadają.


Kroimy również cebulę w pióra i czosnek w miarę drobno. Na patelni na oleju podsmażamy cebulę, aż zmięknie i się leciutko zezłoci, następnie dorzucamy do niej czosnek i chwilę podsmażamy. Na patelnię wrzucamy papryki i papryczki chilli, solimy i pieprzymy i przez jakieś 10 min. na bardzo małym ogniu dusimy je pod przykryciem. Po upływie tego czasu dodajemy passatę pomidorową i przyprawiamy całość kminem i słodką papryką, mieszamy całość i znowu przykrywamy, pozostawiając na minimalnym ogniu przez ok. 20 min. W tym czasie musimy zajrzeć pod przykrycie i pomieszać całość oraz sprawdzić, czy nam się nie przypala. Jeżeli po upływie tych 20 min. ocenimy, że papryki są już ugotowane, dodajemy do nich odcedzone z wody fasolę czerwoną i kukurydzę. Całość jeszcze razem gotujemy przez jakąś chwilę już bez pokrywki, podkręciwszy uprzednio ogień na większy. Ma to zapewnić wyparowanie zbędnego nadmiaru płynów. I gotowe. Jest to nasz farsz, który zawijamy w tortillę. Możemy dodać do tego tarty ser żółty, awokado, odrobinę jogurtu naturalnego lub kwaśnej śmietany oraz odrobinę soku z limonki. To już pozostawiam Wam ;) Smacznego!

środa, 4 maja 2016

Co w sezonie? Warzywa i owoce dostępne w maju w Polsce i w Grecji

Tego posta piszę przyznaję z dużą ciekawością. Bo maj to środkowy miesiąc wiosny, więc musi nam w Polsce przybyć dużo pysznych nowości. Interesujące jest zestawienie tego z sezonowością grecką. Zatem co w sezonie? Nowości zaznaczyłam na zielono.

POLSKA I GRECJA - WSPÓLNE WARZYWA W SEZONIE

kapusta biała i czerwona                         
szparagi zielone i białe                            
ogórek                                                     
burak
rzodkiewka                                                
marchew                                                     
seler (korzeń)                                             
groszek cukrowy  (nowość w Polsce!)
szpinak  (nowość w Polsce!)                                         

TYLKO POLSKA

brukiew                                          
bób                                                  
pietruszka (korzeń)                                     
jarmuż
por                                                               
pomidor                                                       
botwina
rabarbar
cebulka dymka
szczaw  

Zwróćcie, proszę, uwagę na typowo polskie warzywo - szczaw, którego nie dostaniecie nigdzie poza Polską. Również korzeń pietruszki, jarmuż czy rabarbar prawie niedostępne są w Grecji. Skoro botwinka jest już dostępna, przypominam mój przepis na zupę botwinkę KLIK.              
                                                       

 

TYLKO GRECJA

boćwina 
cykoria
endywia      
koperek                                                    
liście fenkuła
brokuły (koniec sezonu)
młode bakłażany
papryka
cukinia
natka pietruszki
sałata rzymska

 

OWOCE W POLSCE:

gruszka
agrest
jabłko
truskawka

 

OWOCE W GRECJI:

morela
awokado
wiśnia
młody melon
truskawka
pomarańcza (odmiana Valencia) 


Sezon na truskawki rozpoczyna się w obu krajach. Dla mnie, i pewnie dla wielu z Was, to wielka radość. Uwielbiam truskawki i, jakkolwiek wiele jest różnych możliwości ich wykorzystania, najlepiej mi smakują ze śmietaną i cukrem, gniecione widelcem. Czekam zatem do piątku i gnam na laiki ;-)

sobota, 23 kwietnia 2016

Co w sezonie? Wiosenny twarożek z rzodkiewką i zieloną cebulką

W ostatnim poście z cyklu Co w sezonie? pisałam, że w tym miesiącu i w Grecji i w Polsce mamy do wyboru marchew, kapustę, pora, buraki i zieloną cebulkę. Pierwsze cztery warzywa kojarzą się nam typowo z zimą, a przecież mamy wiosnę w pełni i dlatego na warsztat bierzemy nowalijkę - zieloną cebulkę. Długo myślam nad przepisem, ale nie ma co dłużej myśleć. Twarożek z rzodkiewką i szczypiorkiem jest typową pastą jedzoną z pieczywem w Polsce na wiosnę. I został uznany za jedno z typowych polskich śniadań w ogóle (pamiętacie ten fakt z mojego posta Full Polish Breakfast?). Tutaj w Grecji szczypiorku prawie się nie spotyka w sklepach ani na targach warzywnych. Dlatego emigrantka musi sobie radzić, zastępując szczypiorek zieloną cebulką. Twarożek jest naprawdę przepysznym smarowidłem do pieczywa, a przy tym jest zdrowy, lekki i łatwy w wykonaniu. A znacie mnie już na tyle, żeby wiedzieć, że nie lubię wymyślnych, wieloskładnikowych przepisów i często stawiam na tradycyjne dania. Jest to jedna z tych past, którą robię, kiedy dopada mnie tęsknota za Polską i jedna z moich ulubionych. Bardzo się cieszę, że właśnie dopisuje się do listy przepisów mojego bloga.



Składniki:

250g twarogu półtłustego
2 łyżki jogurtu naturalnego
pęczek rzodkiewek
garść pokrojonej zielonej cebulki lub szczypiorku
szczypta soli
pieprz do smaku

Wykonanie:

Rzodkiewki myjemy dokładnie i odcinamy końce. Ścieramy je na tarce o dużych oczkach. W miseczce rozrabiamy twaróg z jogurtem. Dodajemy do miski rzodkiewkę, zieloną cebulkę i doprawiamy solą i pieprzem. Całość dokładnie mieszamy, aż wszystko się razem połączy. Podajemy ze świeżym pieczywem i plasterkami pomidora. I smacznie zajadamy ;)



czwartek, 7 kwietnia 2016

Wegańska zupa z soczewicy

Pamiętacie zapewne mój przepis na pyszną zupę z soczewicy, który publikowałam jakiś czas temu (przepis TUTAJ). Widzę, że przepis ten cieszy się sympatią tych, którzy dotarli przez sieć do Rozmarynowego i raduje mnie to bardzo. Od tamtego czasu trochę się zmieniło w moim sposobie odżywiania się. Pewnie część z was zauważyła na facebooku, że od 28 października zeszłego roku przestałam jeść mięso czerwone (wołowinę, wieprzowinę, jagnięcinę, baraninę, mięso kozie itd.). Wiąże się to ze względami zdrowotnymi, a ściślej mówiąc, z raportem World Health Organization, który zalicza mięso czerwone i jego przetwory do czynników rakotwórczych. Zachęcam do przeczytania informacji na ten temat w sieci, ja podsyłam link do strony WHO na ten temat w języku angielskim: KLIK
Sam fakt niejedzenia mięsa czerwonego nie czyni mnie weganką, ba! nie czyni mnie nawet wegetarianką, co niektórzy mięsożercy mi już przypisują ;) Jem i nie zamierzam nigdy porzucić jedzenia ryb i owoców morza, jem też 1-2 porcji mięsa z kurczaka tygodniowo (jednak nie polędwicę czy np. boczek z indyka). Jednakowoż niektóre potrawy, które dotąd lubiłam i robiłam, musiały pójść w odstawkę. Tak właśnie stało się z moją wyśmienitą zupą z soczewicy. Długo poszukiwałam jej substytutu w wersji bezmięsnej i w końcu znalazłam. Przepis jest odpowiedni dla wegetarian. Jego zaletą jest również to, że świetnie nadaje się dla niemowlaków (i tutaj pozostawiam do rozeznania mam od jakiego wieku, ja podawałam zupę z soczewicy mojemu synowi od 9 miesiąca, choć na Zachodzie podaje się ją już od 6 miesiąca, czyli jako jeden z pierwszych pokarmów).
Mnie osobiście ta zupa przypada szczególnie do gustu ze względu na kombinację pomidorowo-paprykową, którą uwielbiam, oraz dlatego, że jest gęsta, lekko pikantna, po prostu pyszna ;)



Składniki:

120gr cebuli
2 średnie marchewki
2 papryki (obojętnie, jaki kolor)
100gr zielonej soczewicy
1 duży ziemniak
280gr pomidorów (swieżych lub 1 puszka krojonych)
1l rosołu warzywnego lub z kurczaka (jeśli nie mamy, może być woda)
1 ząbek czosnku
oliwa z oliwek do podsmażenia
Przyprawy: sól (płaska łyżka), pieprz, słodka papryka w proszku, chili (sproszkowane lub 1 papryczka)
Tarty parmezan do posypania (opcjonalnie)

Wykonanie:

Pewnie sobie wyobrażacie, że zaczynamy od pokrojenia warzyw. Tak więc marchewkę kroimy albo w talarki, a jeśli ma to jeść maluch, to kroimy w drobną kosteczkę. Paprykę kroimy w kostkę, cebulę albo w kostkę albo w pióra. Czosnek kroimy w półplasterki. Ziemniaka obieramy i kroimy tylko na ćwiartki. Soczewicę przepłukujemy na sicie, aby wyeliminować nieczystości. W garnku rozgrzewamy oliwę lub inny olej i złocimy na niej cebulę, a następnie czosnek. Potem wrzucamy paprykę i marchew i chwilę przesmażamy, cały czas mieszając. Następnie dodajemy soczewicę i chwilę jeszcze przesmażamy. Zalewamy całość litrem rosołu albo po prostu wody (też wychodzi smaczna zupa). Dodajemy pomidory i zagotowujemy zupę. W momencie, kiedy zupa zawrzy, ustawiamy timer na 45 minut, skręcamy palnik na mały ogień tak, aby zupa sobie lekko bulczała. Po 10 minutach dodajemy ziemniaka. Musi on w całości opływać w zupie, jeśli nie jest pokryty wodą, albo dolewamy więcej wody albo kroimy ziemniaka na mniejsze kawałki. Przykrywamy całość pokrywką i idziemy się zrelaksować. Po 45 minutach zupa jest gotowa. Ziemniaka zgniatamy tłuczkiem i odlewamy ją dla dziecka, a całość doprawiamy przyprawami. Po doprawieniu jeszcze chwilę gotujemy, mieszając i zestawiamy z ognia.
Smacznego! ;-)

wtorek, 29 marca 2016

Co w sezonie? Warzywa i owoce dostępne w marcu i kwietniu w Polsce i w Grecji

Kochani Moi, biję się mocno w pierś, bo zaniedbałam serię o sezonowości dość znacznie. Nie było przepisu z wykorzystaniem lutowego warzywa i nie było postu na temat warzyw i owoców, które są w sezonie teraz w marcu, a marzec już prawie za nami. Wytłumaczenie jest jedno (wspólne dla wielu z nas): brak czasu. Zatem nadrabiam straty i piszę Wam zbiorczo, co się pojawiło nowego w marcu i co się pojawi w kwietniu u mnie w Grecji i chętnie doedukuję siebie i Was z tego, co się pojawiło lub pojawi nowego w Polsce (czy w ogóle coś? A jakże!?).
Zacznę od Grecji. W stosunku do lutego mamy 2 nowości wśród warzyw: szparagi (białe i zielone) oraz groszek zielony. Jeśli chodzi o szparagi na słynnym targu warzywnym laiki jeszcze ich wcale nie było, w mojej dzielnicy przynajmniej. Zobaczę, czy będą w ten piątek, bo zaczajam się na pewien przepis z wykorzystaniem szparag, ale na razie nie miałam szczęścia spotkać, a z supermarketu nie chciałam kupować. Poza tym wszystkie warzywa zimowe, które królują od bodajże grudnia ciągle są dostępne (buraki, brokuły, seler, kalafior itp.). Owoców w marcu nie ma nowych żadnych, ciągle są w sezonie pomarańcze i inne cytrusy.

Co w Polsce było w marcu nowego? A no mamy rzodkiewkę (to tak, jak i w Grecji) i sałatę oraz młodą cebulę dymkę. Pojawiają się zatem nowalijki (yupie!). Z owoców ciągle tylko (albo aż, bo nasze są przepyszne w porównaniu z tymi greckimi) jabłka i gruszki.

A teraz jaką obietnicę niesie za sobą kwiecień, który już tu będzie za 3 dni, dokładnie w piątek. U nas w Grecji pojawi się:
1. Bób (już był na targach wcześniej, ale bardzo malutkie miał groszki, taki dopiero co wyrośnięty był, choć już się nim zajadaliśmy...)
2. Cebula dymka (jak w Polsce)
3. Cukinia (wcześnie, prawda?)
Więcej warzyw niestety już jest poza sezonem. Swój sezon kończy: seler (bye bye ryba po grecku...), endywia, rzodkiewka, fenkuł (tu akurat nie ma rozpaczy, bo to znienawidzone przeze mnie warzywo). W kwietniu możemy się cieszyć ostatnimi zbiorami brukwi, bo w maju już jej nie będzie. Nie ma co prawda nowych owoców, ale już od jakiegoś czasu występujące na targach truskawki będą tanieć i zacznę je kupować. Zawsze daję sobie na nie zielone światło dopiero od kwietnia, bo wcześniej są tylko te gigantyczne rozmiarem, a słabe smakowo. Oficjalnie sezon na truskawki zaczyna się w Grecji w maju.

Co w Polsce nowego w kwietniu? Zmiana jest taka. że jarmuż wychodzi poza sezon, a pojawiają się pomidory (!). To ciekawe. W Grecji, co prawda są dostępne cały rok, ale jest ogromna różnica w jakości między latem i zimą. Oficjalny początek sezonu na pomidory jest tu w czerwcu. 
Na początku wiosny w Polsce można się cieszyć nowalijkami: rzodkiewką, cebulką dymką, sałatą i pomidorami. Widzicie już oczami wyobraźni twarożek z rzodkiewką i dymką na kromce chleba z plasterkiem pomidora? Bo ja widzę ;)

W lutym i marcu przepisu nie będzie, za co przepraszam bardzo bardzo szczerze. Zmobilizuję siły na kwietniowy przepis. Co mamy wspólnego? Cebulę dymkę (zieloną cebulkę inaczej), buraki, kapustę, marchew i pora.

Nie mogę się doczekać piątku, kiedy nieopodal będzie się odbywał targ warzywno-owocowo-rolniczy, który, jak już mówiłam, nazywa się laiki. Można się tam zaopatrzyć także w miód, jajka, ryby i owoce morza oraz nasiona, orzechy, zioła, a nawet ubrania i bieliznę. Główny cel to jednak sprzedaż płodów rolnych przez greckich rolników. Zazwyczaj zaopatruję się tam w warzywa i owoce na cały tydzień, bo ceny i jakość produktów są lepsze niż w supermarketach. W zeszłym tygodniu w piątek było w Grecji święto i nie było laików i daje się to bardzo odczuć w naszej rodzinie. 
Tyle pisania. Na targ, Moi Mili! ;-)

czwartek, 18 lutego 2016

Tzatziki - jak je robią Grecy?

Po ponad dwóch latach w Grecji, które minęły 25 stycznia, postanowiłam dedykować osobny post greckiemu dipowi, który zrobił międzynarodową karierę. Wiadomo, chodzi o tzatziki, pisane także jako cacyki, choć jeśli chcielibyśmy transkrybować fonetycznie, powinien istnieć zapis dzadzyki, bo tak właśnie wymawiają to słowo Grecy (słychać twarde, dźwięczne dz). Ja jakoś zapałałam miłością do tzatzików niedawno i to przy okazji dość obrazoburczego zestawienia tego dipu z gotowanymi brokułami. Nie widziałam, żeby Grecy tak robili, ale jest to zestawienie tak genialne, jak pomidory i bazylia czy jabłko i cynamon. Polecam spróbować. Przygotowując ten post, przejrzałam przepisy istniejące na polskich blogach i byłam pozytywnie zaskoczona, że dip ten nie żyje tak całkiem swoim życiem, jak choćby spaghetti carbonara czy inne. Wiele przejrzanych blogów prezentowało właściwy przepis. Jaki jest tradycyjny grecki przepis na tzatziki? Przekonajcie się, czytając tego posta do końca.

Podstawowe składniki widzicie na zdjęciu poniżej.


Składniki:

200 gr jogurtu greckiego (jogurt grecki jest bardzo gęsty i po dodaniu soczystego ogórka, soku z cytryny i oliwy, dip nabiera właściwej konsystencji. W przypadku użycia jogurtu rzadszego, konsystencja pozostawia wiele do życzenia)
1 średni ogórek (ok 110 gr po obraniu)
2 ząbki czosnku
oliwa z oliwek
pół garści pokrojonego drobno koperku
odrobina soku z cytryny lub białego octu winnego
sól i pieprz do smaku




Wykonanie:

Ogórka obieramy ze skórki i odcinamy końce. Ścieramy go na tarce o małych oczkach na sitko lub durszlak, pozbywając się w ten sposób nadmiaru wody. Solimy ogórka i zostawiamy na sitku, żeby wypuścił soki. Do miski, w której będziemy mieszać tzatziki, dodajemy jogurt grecki. Wyciskamy 2 ząbki czosnku, wrzucamy koperek, ogórka, wyciskamy sok z cytryny, dodajemy pieprzu i mieszamy. Całość polewamy oliwą z oliwek według uznania i znowu dokładnie mieszamy. Próbujemy i w razie potrzeby dosalamy. I już! Podawać z pitą, chlebem czy właśnie, jak radzę ja, z brokułami.

czwartek, 4 lutego 2016

Co w sezonie? Warzywa i owoce dostępne w lutym w Polsce i w Grecji

Moi Mili, oto piszę drugi post z nowej serii: Co w sezonie? Mamy nowy miesiąc już od 4 dni. Zawsze z pewną dozą ekscytacji sprawdzam, jakie nowe warzywa i owoce pojawią się w danym miesiącu. Niestety luty nie przynosi znacznej odmiany. Jest to przecież czas przedwiośnia, najuboższy ze wszystkich w dobra natury, a już szczególnie w Polsce. W Grecji wszystkie te warzywa, które były w sezonie w styczniu ciągle mają swój czas, a do nich dochodzą 3 nowe:
1. Karczochy
2. Rzodkiewka
3. Endywia
Dwa ostatnie warzywa powracają, bo pamiętam, że jesienią też były w sezonie. No i cóż, muszę przyznać, że goniona wewnętrznym pędem nowości, a także wyznaniami mojego partnera jakoby karczochy były jego najulubieńszym z ulubionych warzywem, pobiegłam na laiki (grecki targ) i kupiłam. Po 6 euro za 5 sztuk (!) Cena zwala z nóg. Nie wiem, czy mam uznać karczochy za towar luksusowy czy też żyć nadzieją, że jeszcze potanieją. Karczochy robił Fra zgodnie z przepisem na carciofi alla giudia, czyli karczochy po żydowsku. Generalnie obiera się je, moczy w wodzie z cytryną, smaży na głębokim tłuszczu i doprawia solą i pieprzem. Niczego bardzo fancy nie robiliśmy.
Po sprawdzeniu kalendarza sezonowości w Polsce stwierdzam, że w Polsce stan warzyw i owoców nie zmienia się w stosunku do stycznia. Pozostaje czekać na marzec aż pojawią się jakieś nowości, ale to też jeszcze bez szaleństwa.
Króciutki post mi wyszedł. Czekacie na przepis z wykorzystaniem warzywa sezonowego wspólnego dla Polski i Grecji? Nie będą to karczochy, bo niestety nie do końca wiem, kiedy się pojawiają w Polsce (może mnie oświecicie?), ale też nie mam na nie żadnego fajnego pomysłu. Fra też nie ma, bo odmiana, która występuje w Ligurii pozwala na jedzenie karczochów na surowo. Kiedyś w Genui jadłam pizzę z karczochami, która była bardzo dobra, no ale przepisu niet. Więc co tam nam zostaje wspólnego? Buraki, brukiew, kapusta, por, marchewka, seler. Koło fortuny już się kręci... ;-)

wtorek, 26 stycznia 2016

Zupa krem z brokuła

Ostatnio na fanpage'u prosiłam o inspirację, jak wykorzystać rosół z kurczaka. Właściwie tak pytałam, ale miałam już określony smak, który wyklarował się sam :) Rosół został mi po gotowaniu obiadu dla mojego prawie 11-miesięcznego synka i był to bardzo ładniutki, niedoprawiony solą ani innymi przyprawami bulion. Oczywiście wywar warzywny sprawdzi się w tym przepisie równie dobrze. A smak miałam na... brokuły. Poszperałam w sieci i stworzyłam swój własny przepis. Trochę odchudzony i co ważniejsze bez śmietany. Trik jest taki, że zamiast śmietany dodajemy kalafiora i odrobinę mąki i te dwa składniki bardzo pięknie zagęszczają zupę tak, że powstaje nam gęsty aksamitny krem bez ładowania dodatkowego tłuszczu, który i tak już jest w rosole i maśle. Na pomysł z kalafiorem mam copyrights ;) W każdym razie jestem z siebie dumna. Mój partner był zachwycony, a zawsze kiedy jemu smakuje, to dla mnie znak, że przepis musi iść na bloga ;-) Bardzo łatwo przerobić ten przepis na wegański, jeśli zamiast masła użyjemy oliwy z oliwek i użyjemy wywaru warzywnego. I wtedy o serze na wierzchu też nie ma mowy. Zapraszam.



Składniki na ok. 5 porcji:

1 brokuł
kilka różyczek kalafiora
1,5l rosołu (warzywnego lub z kurczaka)
2-3 łodygi selera naciowego
1 cebula
3 łyżki masła
ok. 30 gr mąki
sól i pieprz
cheddar do podania (opcjonalnie)

Wykonanie:

Wykonanie zaczynamy od nielubianej przeze mnie czynności, czyli od pokrojenia składników. Na szczęście nie ma tutaj aż tak dużo siekania:
1. Cebulę kroimy drobno
2. Selera naciowego myjemy i kroimy w plasterki
3. Brokuła i kalaforia myjemy i oddzielamy różyczki od reszty. W przypadku brokuła do zupy możemy też wrzucić pokrojony pień. Zupa to świetna okazja, żeby ugotować brokuła w całości, niczego nie wyrzucając.
W dużym garnku rozgrzewamy masło (robimy to nie na największym ogniu, ale na średnim, żeby nie spalić masła). Wrzucamy na nie cebulę i selera naciowego i smażymy do momentu, kiedy poczujemy ich piękny zapach uwalniający się w procesie smażenia. Dodajemy do nich mąkę i cały czas mieszamy, aby mąka się nie przypaliła. Po chwili wrzucamy do garnka brokuła i różyczki kalafiora i całość zalewamy rosołem. Jeśli warzywa nie są w całości pokryte płynem, dolewamy jeszcze wody, tak aby pokryć je całkowicie. Kiedy zupa zawrzy, doprawiamy ją solą i pieprzem, przykrywamy i zostawiamy na średnim ogniu do momentu aż kalafior i brokuł się ugotują. Kiedy warzywa są już miękkie, blendujemy całość blenderem ręcznym do uzyskania pożądanej przez siebie konsystencji. Ja lubię nie tak całkiem kremową zupę, ale coś pośredniego. Podajemy z serem cheddar startym na tarce o grubych oczkach, którym posypujemy naszą zupę już na talerzu. Smacznego!

sobota, 23 stycznia 2016

Musli domowej roboty z jogurtem na supersmaczne i zdrowe śniadanie

Mówiłam chyba kiedyś, że za prawie każdym przepisem publikowanym na tym blogu stoi jakaś osoba, która była inspiracją do wypróbowania pomysłu na danie. W zeszłe wakacje, kiedy w Atenach panował niemiłosierny upał, na pomoc przyszła moja koleżanka ze szkoły podstawowej Sylwia. Zainspirowała mnie do skomponowania własnego musli, które mogę jeść na śniadanie z jogurtem naturalnym i łyżeczką miodu. Muszę powiedzieć, że znowu niezbyt się wstrzelam z postem w porę, bo mamy przecież srogą zimę, ale... Jeśli nie będzie na teraz, będzie na zaś ;) W lecie dostałam naprawdę pozytywnego wiatru w żagle, wyszukując, co bym tu mogła zmieszać w moim musli. Bo przecież tym razem nie będę zdana na to, co ktoś już dla mnie przygotował, z niekoniecznie pożądanymi dodatkami, ale będę mogła podążać za swoimi smakami kulinarnymi. Niestety z orzechami i nasionami jest tak, że takie małe, a zawierają dużo kalorii, z tego prostego względu, że są oleiste. Ale zawarte w nich tłuszcze to te dobre, które zbawiennie wpływają na nasze zdrowie. Jeśli jednak w tym momencie pracujecie nad zrzuceniem paru kilo, dobrze jest wiedzieć, co się je i jaką to ma wartość kaloryczną. Ja takie informacje wówczas wyszukałam i skomponowałam śniadanie, dostosowane do swojego zapotrzebowania na kalorie, które w całości ma około 450 kcal. Przedstawiam zatem mieszankę, która bardzo dogadza moim kubkom smakowym. Może Was to zainspiruje do zrobienia swojego własnego musli. Będzie to dość nietypowy przepis, bo będę dodatkowo podawać, ile kalorii ma poszczególny składnik :)


Składniki:


Musli
2 łyżki płatków owsianych błyskawicznych 74 kcal
1 łyżka siemienia lnianego 53 kcal - co ważne tutaj, siemię lniane należy mielić bezpośrednio przed spożyciem, aby zawarte w nim związki nie ulotniły się, a tłuszcze nie zjełczały. Do mielenia używam małego blendera.
0,5 łyżki żurawiny 19 kcal
0,5 łyżki pestek słonecznika 28 kcal
1 łyżka jagód goji 30 kcal
0,5 łyżki płatków migdałowych 29 kcal
0,5 łyżki rodzynek 21 kcal
1 orzech włoski drobno posiekany (ok. 4gr) 26 kcal

200gr jogurtu naturalnego, czyli cały pojemnik w moim przypadku 132 kcal (jogurty naturalne mają różną wartość kaloryczną, w zależności od producenta i rodzaju, ale ta wartość widnieje na opakowaniu)
1 łyżeczka miodu 39 kcal

Wykonanie:

Składniki musli odmierzamy i wsypujemy do miski, zalewamy je jogurtem naturalnym i mieszamy. Całość polewamy łyżeczką miodu i zajadamy. Jak widać, takie śniadanie ma 451 kcal. To jest tylko przykład. Jako składniki musli doskonale pasują także: wiórki kokosowe, suszone jagody lub inne suszone owoce, pozostałe rodzaje orzechów: ziemne, laskowe, nerkowca, brazylijskie (uwaga: te są najbardziej kaloryczne!), makadamia, pistacje, orzeszki piniowe, pestki dyni, sezam, nasiona chia, otręby itp.
Mieszankę można przygotować w większej ilości i przechowywać w słoiku. Ze względu na kontrolę kaloryczności ja akurat każdorazowo przygotowywałam moje musli.