sobota, 28 grudnia 2013

Placki ziemniaczane - smak z dzieciństwa

Dzięki temu, że prowadzę bloga kulinarnego, mam w końcu okazję podzielić się z szerszym gronem moimi ulubionymi smakami. Mogę szczerze powiedzieć, że gdyby ktoś mnie zmusił do wybrania jednej jedynej najulubieńszej potrawy, choć byłoby to ogromnie trudne, wybrałabym placki ziemniaczane. Jeśli miałabym określić swój gust w jednym zdaniu, powiedziałabym, że zawsze uwielbiałam rzeczy proste, ale nie pospolite. Geniusz tkwi w prostocie. I dotyczy to nie tylko jedzenia. Tak jest właśnie z plackami ziemniaczanymi. Prosty przepis, łatwo dostępne składniki, a efekt wyśmienity. Uwielbiam ziemniaki, bo można z nich wyczarować w prosty sposób pyszności. Z plackami ziemniaczanymi miałam tylko taki kłopot, że zawsze byłam zbyt leniwa, żeby trzeć ziemniaki, wszystko inne to prościzna. Myślę, że każdemu, kto tęskni za polskimi smakami, spodoba się ten przepis. Ja dodatkowo kojarzę ten smak ze swoim dzieciństwem na wsi. Nie mogły się nie pojawić na tym blogu jako jedne z pierwszych - moje ukochane placki ziemniaczane. Zapraszam do zapoznania się z przepisem.


Składniki na 10 małych placków:


  • 7 ziemniaków (z tendencją do dużych)
  • 2 cebule
  • 1 jajko
  • 2 duże łyżki mąki
  • sól i pieprz
  • olej do smażenia

Wykonanie:

Ziemniaki i cebule obieramy i trzemy na tarce o małych oczkach. Odciskamy nadmiar wody przez ścierkę - w ten sposób placki wychodzą bardziej chrupiące. Dodajemy jajko oraz mąkę, sól i pieprz i mieszamy bardzo dokładnie. Na patelni rozgrzewamy dobrze olej i smażymy, formując małe placuszki. Placki są dobrze usmażone, kiedy mają złoto-brązowy kolor jak moje na zdjęciu. Wówczas przekładamy je na talerz wyłożony ręcznikami papierowymi, które absorbują nadmiar tłuszczu. Smacznego!
PS. Ja lubię je jeść bez żadnych dodatków, bo nie chcę, żeby cokolwiek zmąciło mi ich smak.


środa, 25 grudnia 2013

Sałatka jarzynowa - "klasyczna" sałatka-legenda

W poprzednim poście pochwaliłam się, że w Boże Narodzenie zabłysnę wśród mojej nowej włoskiej rodziny sałatką jarzynową, która była na polskich stołach jako pierwsza w swojej kategorii i która przez długi czas monopolizowała tego typu przystawki. Wykonanie tej sałatki zostało niejako wymuszone i już tłumaczę dlaczego. Zachęcona przez Franceska, postanowiłam zrobić sałatkę meksykańską, którą robi się u mnie w domu, a którą on uwielbia. Kiedy poinformowaliśmy jego mamę, że powstanie insalata russa w moim wykonaniu, mama zaczęła wyliczać, co ma w domu i czego nie trzeba kupować, a mianowicie: ziemniaki, marchew i ogórki kiszone... Od razu wpadliśmy na to, że ma na myśli klasyczną jarzynową, więc niewiele myśląc, postanowiliśmy, że zrobimy obie wersje. Tak też się stało. Muszę również powiedzieć, że sałatka została zaadaptowana do realiów słonecznej Italii, którą zbyt wcześnie pochwaliłam w poście o kuchni Ligurii, mówiąc, że wybór warzyw jest to przeogromny i że można znaleźć tu każde warzywo. Nieprawda. Włosi nie mają i nie jedzą korzenia pietruszki i selera. Owszem mają oba te warzywa, ale tylko i wyłącznie ich nać. Tak więc klasyczna sałatka jarzynowa, nie mogła zachować swojej klasyki ze względu na brak tych składników. Jednakowoż, określenie klasyczna jest w tym przypadku raczej nietrafione, bowiem, kiedy szukałam przepisu w Internecie, każdy jeden różnił się co najmniej jednym składnikiem. Pamiętam też, że niby klasyczna, a jednak w każdym domu smakowała inaczej. Dużo można by się na jej temat rozpisywać, wszak dla mnie to sałatka-legenda i śmiem twierdzić, że mało kto zdaje sobie sprawę z jej roli w polskiej kuchni. Ja dobrze pamiętam, nie mogę sobie tylko przypomnieć roku, kiedy nagle pojawiła się u mnie w domu i zawojowała nasze podniebienia na dobre kilka lat, uzyskując absolutny monopol, aż do czasu pojawienia się alternatywnych przepisów. W tym momencie rzadko robimy jarzynówkę, a oprócz niej funkcjonuje w mojej rodzinie około 7 innych przepisów na tego typu sałatkę:
1. Sałatka meksykańska, na którą przepis znajdziecie tutaj
2. Sałatka z ryżem, szynką i papryką w 3 kolorach (fantastyczna!)
3. Sałatka śledziowa, którą najczęściej robi mój brat
4. Sałatka z szynką i ananasem
5. Sałatka gyros
6. Sałatka porowa (nie robiłam jej lata, ale bardzo chcę dać Wam na nią przepis, bo to moja najulubieńsza)
7. Sałatka z ryżem i tuńczykiem
Mam nadzieję, że pewnego dnia wszystkie te przepisy opublikuję na blogu. Rozpisałam się, ale rodzinne potrawy i przepisy zaczyna się doceniać, kiedy osiągnie się pewien wiek, a szczególnie, kiedy przebywa się poza swoim krajem ojczystym. Przedstawiam Wam zatem przepis na sałatkę jarzynową, którą zrobiłam na Boże Narodzenie 2013.


Składniki na ok. 7-8 porcji


  • 2 duże marchewki
  • 7 średniej wielkości ziemniaków
  • 4 jajka
  • 7 małych korniszonków
  • 1 puszka zielonego groszku
  • 5 dużych łyżek majonezu
  • 1 duża łyżka musztardy
  • sól i pieprz do smaku

Wykonanie:

Ziemniaki i marchew myjemy, nie obieramy jednak ze skórki, wkładamy do garnka z osoloną wodą i gotujemy do miękkości. W osobnym garnku gotujemy jajka na twardo. Dobrze jest zrobić to odpowiednio wcześniej przed właściwym przygotowaniem sałatki, ponieważ warzywa i jajka muszą się ostudzić. Po ugotowaniu i ostygnięciu obieramy jajka ze skorupek oraz warzywa ze skórki i kroimy w małą kostkę. Tak samo kroimy korniszony. Zielony groszek odsączamy z wody i wrzucamy do naczynia z pozostałymi składnikami. Solimy i pieprzymy według uznania. Dodajemy majonez i musztardę i mieszamy dokładnie. Dobrze jest wstawić sałatkę na jakiś czas do lodówki przed podaniem, a już najlepiej smakuje na następny dzień, kiedy wszystkie jej składniki "zapoznają się ze sobą" (jak mówi moja mama). Smacznego!

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Sałatka meksykańska - przepis funkcjonujący w mojej rodzinie

Jak już dowiedzieliście się z fanpage'a Rozmarynowego Bloga na facebooku, tegoroczne święta Bożego Narodzenia po raz pierwszy w życiu spędzam nie w Polsce i nie z moją rodziną, a z rodziną mojego narzeczonego we Włoszech. Mój Francesco, wiedząc, że tęsknię za Polską szczególnie w tym świątecznym czasie lub sam tęskniąc za polskimi specyjałami, zaproponował, żebym zrobiła naszą polską sałatkę, którą tu we Włoszech nazywa się insalata russa (rosyjska sałatka). Zapaliłam się do pomysłu, bo dzięki temu choć trochę mogę zasmakować atmosfery polskiego świętowania (wspomnienia smaków stanowią naprawdę ważną część mojej pamięci ogólnej). Jakiś czas zajęło nam ustalenie, który z kilku przepisów funkcjonujących w mojej rodzinie mam wykonać oraz czy aby na pewno znajdę wszystkie składniki. Na życzenie Franceska powstała sałatka meksykańska, a na życzenie jego mamy powstanie klasyczna jarzynówka. Czuję się dumna i podekscytowana, że mogę przedstawić światu przepis na tzw. sałatkę meksykańską (określenie meksykańska pojawia się niemal automatycznie, kiedy składnikiem potrawy jest czerwona fasola, mimo że jej związek z Meksykiem jest żaden). Przepis ten realizujemy w naszej rodzinie od dobrych kilku lat, kiedy to ludziom przestała wystarczać klasyczna jarzynowa, która do tej pory miała monopol, i zaczęły pojawiać się wersje eksperymentalne sałatki z majonezem jako dominującym sosem. Oczywiście każdy robi sałatkę meksykańską po swojemu i znalezienie w Internecie przepisu dokładnie takiego, jaki wykorzystujemy u mnie w domu, było niemożliwe, wobec czego musiałam poprosić bratanicę o przysłanie mi przepisu swoich rodziców. I oto jest - przepis na sałatkę polsko-rosyjsko-meksykańską!



Sałatka meksykańska


Składniki na ok. 4 porcje:


  • puszka kukurydzy (ok. 300g)
  • puszka fasoli czerwonej (ok. 320g)
  • 1 por
  • 1 słoik papryki konserwowej (ok. 400g)
  • 25-30 dag gotowanej szynki wieprzowej
  • majonez
  • sól i pieprz do przyprawienia

Wykonanie:

Czerwoną fasolę wylewamy na durszlak i przelewamy zimną wodą. Osuszamy i wrzucamy ją do garnka, w którym będziemy mieszać sałatkę. To samo robimy z kukurydzą. Białą część pora kroimy w półplastry, a następnie przelewamy go wrzątkiem na durszlaku, odczekujemy kilka sekund i polewamy go zimną wodą. Po odsączeniu wody wrzucamy go do garnka. Paprykę i szynkę kroimy w kostkę i łączymy z pozostałymi składnikami. Przyprawiamy sałatkę solą i pieprzem według uznania, dodajemy majonez i mieszamy wszystko razem. Przekładamy gotową sałatkę do ozdobnej miski, przykrywamy i wkładamy do lodówki. Po schłodzeniu serwujemy. Smacznego!


piątek, 20 grudnia 2013

Zielona sałatka z tuńczkiem w stylu włoskim

Uwielbiam ryby ogólnie, ale gdybym musiała wybierać tę najulubieńszą, wybrałabym chyba tuńczyka. Dzisiaj powrócę do przepisów dietetycznych i łatwych w wykonaniu i zaproponuję Wam moją ulubioną sałatkę. Nie będzie to sałatka w stylu polskim (czy rosyjskim) z majonezem i dużą ilością składników, a znowu raczej we włoskich klimatach. Bardzo chciałabym któregoś dnia umieścić na blogu przepisy na dania typowo polskie, które spisałam od mojej mamy i na pewno ten projekt zrealizuję, bo jak się na coś uprę, to... Wszyscy, którzy mnie znają, wiedzą, co mam na myśli ;-) Pojawią się też przepisy na różne nasze polskie sałatki, które u mnie w domu rodzinnym realizuje się przy okazji świąt czy imienin. Ale na razie jestem we Włoszech, dlatego moja propozycja to włoska sałatka z tuńczykiem. Oto przepis.



Zielona sałatka z tuńczykiem


Składniki na ok. 4 porcje:


  • 4 jajka
  • puszka dobrej jakości tuńczyka, najlepiej w oliwie z oliwek, jeśli nie mamy takiego, może być w oleju lub sosie własnym. Jakość tuńczyka jest ważna i będzie stanowić o jakości sałatki
  • 200g pomidorków koktajlowych (lub 2 średniej wielkości pomidory)
  • 200g zielonej sałaty (można połączyć dowolnie przez siebie wybrane odmiany i jakiekolwiek zielone liście)
  • ocet winny
  • oliwa z oliwek
  • sól do smaku
  • opcjonalnie garść kaparów i świeży ogórek

Wykonanie:

Jajka gotujemy na twardo. Po ustudzeniu obieramy ze skorupek. Umytą sałatę rwiemy na małe kawałki i wrzucamy do miski (jeśli mamy gotowy miks, sprawa jest załatwiona). Pomidorki kroimy na pół, wrzucamy na wierzch do miski i posypujemy całość solą. Następnie wykładamy na wierzch tuńczyka rozdrobnionego. Jajka kroimy wzdłuż na pół, a następnie na ćwiartki i układamy na wierzchu sałatki. Solimy jeszcze raz same jajka. Całość polewamy octem winnym (lub balsamicznym) i oliwą z oliwek i gotowe. Bardzo fajnie smakuje też, jeśli całość posypiemy garścią kaparów. W tej sałatce sprawdza się również świeży ogórek (1 raczej mały).



Podajemy na stół tak wykonaną sałatkę, ale przed serwowaniem na talerze należy jej składniki wymieszać. Smacznego!

wtorek, 17 grudnia 2013

Liguria - kraina pesto i focaccii

Kuchnię włoską charakteryzuje prostota. Potrawy składają się ze średnio od 4 do 8 składników. Włoscy szefowie kuchni (tudzież włoskie mammy) stawiają raczej na jakość wykorzystywanych produktów niż na wyrafinowany proces tworzenia. Włochy to kraj, którego łagodny klimat sprzyja wzrostowi warzyw i owoców przez cały okrągły rok. Posiadanie morza jako dominującego sąsiada sprawia, że wybór ryb i innych morskich stworzeń jest przeogromny. Włosi mają szeroki dostęp do świeżych produktów, które rosną w naturalnych i sprzyjających warunkach. Dzięki temu można tu spotkać największy wybór warzyw, jaki moje oko do tej pory widziało. Mówiąc "kuchnia włoska", mamy na myśli kuchnię kraju, jest to jednak jeden z tych, które posiadają dużą różnorodność regionalnych potraw i specyjałów. Włochy są podzielone na 20 regionów i każdy z tych regionów posiada typową tylko dla siebie kuchnię. Los związał mnie szczególnie z jednym z nich - Ligurią, a konkretniej z Genuą. Liguria to mały skrawek lądu na północy Włoch od południa graniczący z Morzem Liguryjskim, na zachodzie z Francją, od północy z Piemontem ze stolicą w Turynie, a od wschodu z Toskanią i Emilią-Romanią (ta ostatnia z Bolonią jako stolicą). Genua jest stolicą Ligurii, pozostałe stolice prowincji to Savona, La Spezia i Imperia. Ten obszar Włoch posiada malownicze i dość wertykalne ukształtowanie terenu z górami schodzącymi do morza. Ze względu na to kuchnia liguryjska jest wewnętrznie zróżnicowana, posiadając wiejskie produkty z okolicznych wiosek położonych w górach, włączając w to grzyby, oraz duży wybór ryb i owoców morza. Uważana jest za kuchnię bazującą na prostych składnikach, pochodzących z własnego regionu. Czasem mam wrażenie, że Liguryjczycy jedzą wszystko, co da się jeść, nawet chwasty, a w dodatku to smakuje dobrze. Miałam okazję zajadać panierowane liście ogórecznika, słyszałam, że robią też jakieś danie z pokrzywą. Zaradni ludzie nic nie marnują ;-) Przedstawię Wam dość szczegółowo kuchnię Ligurii, a niniejszy artykuł będzie owocem ponad 5-letnich obserwacji i wizyt w tej części Włoch. Swoją pierwszą podróż do Ligurii odbyłam pod koniec września 2008 roku i od tego czasu jestem tu dziewiąty raz. Na codzień również mieszkam z genueńczykiem, który, jak wszyscy genueńczycy, jest niezmiernie dumny ze swojego miasta i regionu i wiele mnie o nich nauczył. Prosto z Genui artykuł o kuchni Ligurii!
Zacznę od najbardziej znanego produktu z Genui. Pesto to pasta, której Liguryjczycy używają głównie jako sosu do makaronu, ale również dodają do zupy minestrone (i wówczas powstaje minestrone alla genovese) lub do chleba. Pastę robi się z liści bazylii, orzeszków piniowych, czosnku, sera pecorino idealnie (lub ewentualnie parmezanu) oraz oliwy z oliwek. Składniki te uciera się pałką w marmurowej makutrze (fachowo nazywa się to moździerzem, ale mnie nic ta nazwa nie mówi). I tu kolejny raz muszę podkreślić, że prostota tego przepisu osiąga genialność tylko dzięki najlepszym składnikom. Bardzo ważna jest bazylia, która tutaj, we Włoszech jest bardziej aromatyczna niż gdziekolwiek indziej.

Składniki do wykonania pesto

czwartek, 12 grudnia 2013

Kurkuma i szafran. Rozmowa o kuchni Iranu

Z kuchnią Iranu mogła mnie zaznajomić tylko jedna osoba. Kiedy pracowałam w Southwark Day Centre for Asylum Seekers, większość naszych klientów pochodziła z Iranu, ale tylko jeden z nich gotował niebiańsko i w rezultacie tego stał się nadwornym kucharzem naszego centrum, co środę gotując dla około 60 osób. Dlatego kiedy w mojej głowie zrodził się pomysł tego cyklu artykułów, od razu pomyślałam, że Amir jest idealną osobą, która opowie mi o jedzeniu swojego kraju. Dzięki niemu miałam wyobrażenie o potrawach perskich jako niezwykle aromatycznych, pachnących mieszanką ziół oraz przypraw, nigdy nudnych czy monotonnych. Kiedy pracowałam jako wolontariuszka, Amir zwykł był pytać mnie dzień przed, co ma ugotować w tym tygodniu. Kiedyś powiedziałam: "Ugotuj coś irańskiego". I tak następnego dnia na obiad mieliśmy ghormeh sabzi - ziołowy gulasz na bazie jagnięciny, który, jak się później dowiedziałam, jest narodowym daniem w Iranie. Kiedy poprosiłam Amira o rozmowę na temat jedzenia irańskiego, zaproponowałam, że wpadnę do centrum w środę, kiedy będzie gotował, niech tylko zrobi w tym dniu ghormeh sabzi, wtedy będę mieć okazję zobaczyć, jak się robi to typowe irańskie danie i już w trakcie gotowania możemy zacząć rozmowę. Jego odpowiedź brzmiała: "I can't say no to you". Tak więc rozmowę o kuchni Iranu odbyliśmy nad bulgoczącym garnkiem wypełnionym zielonym gulaszem, w którym pływały suszone limonki.
Ghormeh sabzi wykonujemy z kawałków jagnięciny podsmażonych z cebulą oraz specjalnej mieszanki ziołowej, którą w Londynie można dostać gotową w puszce w perskim sklepie, np. w dzielnicy Peckham.


W skład mieszanki wchodzą zielone zioła: pietruszka, kolendra, szczypiorek, kozieradka pospolita (której nazwy zwyczajowe to: greckie siano lub fenegryka), czasami szpinak, zanurzone w oleju roślinnym z solą i przyprawami. Tą miksturę również przesmażamy na patelni, a następnie łączymy ją z mięsem w garnku i zalewamy wodą. Do gotującego się gulaszu dla aromatu dodajemy suszone limonki oraz przyprawy, w tym obowiązkową i podstawową w kuchni irańskiej kurkumę. Amir wyjaśnił mi, że kurkuma (po angielsku turmeric powder) jest wraz z szafranem kanoniczną przyprawą w Iranie. Na koniec gotowania dodajemy do gulaszu czerwoną fasolę. Gotowy gulasz podajemy oczywiście z ryżem (w centrum był to najczęściej ryż basmati).

Ghormeh sabzi - typowe danie narodowe Iranu

środa, 11 grudnia 2013

Spaghetti carbonara - oryginalny włoski przepis

Obecnie przebywam w pięknej, słonecznej Italii i sama nie wiem, czy jeść, czy fotografować czy pisać dla Was. Włochy to kraj idealny dla bloggera kulinarnego. Oferuje różnorodność kuchni regionalnych i produktów, które przy tym są zdrowe i ekologiczne. Najściślejsze więzy łączą mnie z Ligurią, regionem Włoch położonym na północy, którego stolicą jest Genua. Przepisy, które pojawią się na blogu w przyszłości będą pewnie specjałami kuchni liguryjskiej bądź genueńskiej, bowiem mój narzeczony domaga się specjalnej rubryki, poświęconej daniom Ligurii. Niektóre przepisy, które już tutaj opublikowałam też z kuchni tego regionu się wywodzą. 
Niemniej jednak dziś zaproponuję Wam przepis na danie ogólnowłoskie albo nawet i ogólnoświatowe. Spaghetti carbonara, bo o nim mowa, zyskało szeroką popularność w wielu krajach globu, w tym i w naszej pięknej Polsce. Pojawiło się jednak pewne przekłamanie w przepisie i trudno mi teraz dojść, dlaczego tak się stało. Może ktoś z Was mnie oświeci, skąd w przepisie na carbonarę pojawiła się śmietana..? Pytałam wielu Włochów, czy używają śmietany, wszyscy twierdzili zgodnie, że nie, pytałam, czy może używają jej w innych regionach, też twierdzili, że nie. Tak więc mam przyjemność zweryfikować przepis na to znane danie i przedstawić go w takiej formie, w jakiej funkcjonuje we Włoszech. Przyznam, że raz w życiu jadłam spaghetti carbonara ze śmietaną, wykonane przez moją dobrą koleżankę Polkę i bardzo mi smakowało, ale żaden Włoch nie nazwałby go carbonarą. Przepisy na dania swojej kuchni Włosi traktują kanonicznie i niechętni są na majstrowanie przy nich. Błagam, nie róbcie więc tego. Przynajmniej nie w obecności Włochów ;) Spaghetti carbonara nie jest daniem wegetariańskim ze względu na zawartość boczku (lub idealnie pancetty) i nie jest też specjalnie lekkie, więc odchudzającym się czytelnikom nie mogę go polecić. Jeśli jednak nie dbasz o diety, a specjalną wagę przykładasz do smaku, oto i jest, specjalnie dla Ciebie - spaghetti carbonara! 




Spaghetti carbonara



Składniki na 4 porcje:


  • 400g spaghetti
  • ok. 200g niewędzonego pokrojonego w kostkę boczku lub idealnie pancetty - włoskiego suszonego boczku
  • 1 cebula
  • 4 żółtka i 1 całe jajko (ma być tyle żółtek, na ile osób przyrządzamy spaghetti)
  • 40g startego parmezanu
  • czarny pieprz
  • sól do osolenia wody na makaron

Wykonanie:

Zastawiamy osoloną wodę na makaron i gotujemy spaghetti al dente. Boczek wrzucamy na patelnię i smażymy we własnym tłuszczu. Kiedy jest lekko chrupiący (a broń Boże nie przypalony!), dorzucamy do niego cebulę pokrojoną w drobniutką kostkę i rumienimy ją. Po uzyskaniu złotego koloru cebuli, zestawiamy patelnię z ognia. W misce rozbijamy jajko i dodajemy 4 żółtka, starty parmezan oraz dość dużo czarnego pieprzu (nazwa carbonara pochodzi od węgla, co znaczy, że potrawa ma być czarna od pieprzu). Wszystko to roztrzepujemy ubijaczką lub widelcem, jeśli nie mamy pod ręką ubijaczki. Kiedy makaron jest ugotowany i odcedzony, mieszamy go dokładnie z zawartością patelni oraz miski. I gotowe. Prawda, że proste? Buon appetito! :-)

wtorek, 3 grudnia 2013

Zupa na wzmocnienie odporności

Zaczął się grudzień, robi się zimniej i zimniej, ciemniej i ciemniej. Wielu z nas zapada na przeziębienia lub inne infekcje. Ponieważ zbliżają się święta, każdy ma mnóstwo ciekawych planów i wiele do zrobienia. Odrzucamy nerwowo myśl o chorobie, bo przecież "teraz nie mogę sobie na to pozwolić". Pomyślałam zatem, że zaproponuję sobie i Wam coś na wzmocnienie odporności. I tu z pomocą przyszedł Francesco, który gdzieś głęboko w sieci wyszukał przepis na zupę, której składniki to istne doładowanie dla naszego systemu immunologicznego. Przepis swoje korzenie ma gdzieś w Chinach. Przyjrzyjmy się zatem składnikom zupy:

1. Jagody goji - wzmacniają odporność organizmu, spowalniają procesy starzenia, poprawiają cerę i wzrok,  pamięć i koncentrację, mają działanie antystresowe, a nawet antyrakowe. Więcej reklamy chyba nie potrzeba.
2. Imbir - jest bogaty w substancje przeciwzapalne, zwiększa koncentrację i wydajność umysłową, poprawia krążenie i tym samym rozgrzewa organizm.
3. Czosnek - zapobiega przeziębieniom i wzmacnia odporność, działa antybakteryjnie.
4. Czerwona papryka chilli - rozgrzewa skórę i błony śluzowe i jest bogata w witaminę C.
5. Cebula - ma właściwości przeciwzapalne i antybakteryjne, tak samo jak czosnek, wzmacnia odporność i poprawia krążenie, jest bogata w witaminy A, B i C. Jest źródłem kwasu foliowego, magnezu, wapnia, fosforu, żelaza i błonnika pokarmowego.
6. Grzyby shiitake - zapobiegają chorobom serca i układu krążenia oraz nowotworom, obniżają ciśnienie i cholesterol, spowalniają procesy starzenia, zawierają witaminy z grupy B, prowitaminę D oraz wapń, fosfor, potas, żelazo i cynk.

Mam nadzieję, że analiza właściwości odżywczych poszczególnych składników już zachęciła Was do ugotowania proponowanej przeze mnie zupy. Żeby dodatkowo ją zareklamować, wspomnę jeszcze o właściwościach smakowych, które są niesamowite: cudowny zapach imbiru roztaczający się w całym domu już podczas gotowania, stymuluje apetyt, lekko ostry posmak chilli oraz smak czosnku, które są w stanie dodać wyrazu każdej potrawie, dają się odczuć dość wyraźnie, zwłaszcza ten pierwszy, poza tym czuć smak grzybów i bulionu z kurczaka. Po zjedzeniu zupy na obiad czułam się naładowana energią oraz rozgrzana do końca dnia. Brzmi zachęcająco? Przejdźmy do przepisu.


Zupa z jagodami goji


Składniki na ok. 5 porcji:


  • 50g jagód goji
  • 2 cebule
  • 125g grzybów shiitake
  • korzeń imbiru
  • 3 pałki z kurczaka (można również użyć innych części kurczaka)
  • 2 duże czerwone papryki chilli
  • 2 kostki rosołowe
  • 3 ząbki czosnku
  • 2l zimnej wody

Wykonanie:

Jagody goji zalewamy wodą i namaczamy, ale tylko przez czas gotowania się zupy, nie trzeba jakoś na długo wcześniej ich namaczać. Kroimy cebulę, imbir w cienkie paski przekrojone na pół, umyte grzyby shiitake oraz papryki chilli. Wszystkie te składniki wrzucamy do garnka wraz z pałkami z kurczaka i zalewamy wodą. Dodajemy kostki rosołowe. Stawiamy zupę na ogniu i przykrywamy, żeby nam się zagotowała. W międzyczasie kroimy w drobne kawałeczki czosnek, żeby był gotowy na później. Po zawrzeniu należy gotować zupę jeszcze ok. 1,5 godziny. Po upływie godziny i 20 minut wrzucamy do garnka czosnek oraz jagody goji odsączone z wody. Gotujemy jeszcze około 10 minut i zestawiamy z ognia. Gdzieś pod koniec gotowania, wyjmujemy kurczaka, obieramy z niego mięso i wrzucamy je z powrotem do zupy. Smacznego oraz dużo zdrowia! :-)

niedziela, 24 listopada 2013

Zupa minestrone

Przepis na zupę minestrone planowałam przedstawić na tym blogu od początku jego istnienia. Kilka razy miałam przyjemność próbować jej w wykonaniu Franceska. Za każdym razem smakowała inaczej. Zupa minestrone ma bowiem bardzo liberalny sposób wykonania. Jest to generalnie zupa warzywna, do której wykonania używa się warzyw sezonowych. Ponoć może też być z dodatkiem mięsa, ja jednak takowej nigdy nie próbowałam. Ponoć może być robiona na bulionie, Fra jednak nigdy na bulionie jej nie gotuje. Przepis, który podam jest więc odpowiedni dla wegetarian, a nawet wegan, jeśli nie użyjemy parmezanu. Minestrone pochodzi z Włoch i może mieć różne warianty regionalne. Jest jedną z nielicznych zup w menu kuchni włoskiej. Włosi mają jakąś wrodzoną awersję do płynnych potraw, dlatego tak samo jak w przypadku dania pasta e fagioli, wolą kiedy minestrone jest gęstsze. Podam Wam przepis na duży garnek zawierający około 6l zupy. Wspomnę jeszcze tylko, że jest to chyba najlżejsza zupa świata, gotowana praktycznie z zerową ilością tłuszczu i bez mięsa, więc śmiało mogą ją przygotować osoby, które są obecnie na diecie. Co by na to powiedziały nasze babcie i mamy, które nie wyobrażają sobie gotowania zup bez wywaru ze skrzydełek albo innych kości? ;-) Zapraszam do zapoznania się z przepisem.


Zupa minestrone

 

Składniki:


  • 3 duże ziemniaki obrane i pokrojone w kostkę
  • 2 średnie marchewki obrane i pokrojone w plasterki
  • 110 g selera naciowego pokrojonego w plasterki
  • 2 cebule obrane i pokrojone w ćwiartki
  • 1 mały por pokrojony w plasterki (tylko jego biała część)
  • 1 puszka fasoli borlotti (jeśli nie możemy jej dostać, można użyć innej fasoli, jednak borlotti jest kanoniczną odmianą do wykonania minestrone)
  • 1 puszka pokrojonych pomidorów
  • 180g świeżego szpinaku
  • 250g makaronu casarecce lub ditalini
  • 1 ząbek czosnku
  • czubek wiązki rozmarynu
  • parmezan
  • oliwa z oliwek
  • sól i pieprz

Wykonanie:

Do dużego około 9-litrowego garnka postawionego na ogniu wlewamy trochę oliwy z oliwek. Kiedy się rozgrzeje, wrzucamy do garnka marchew, cebulę i selera i podsmażamy chwilę, mieszając. Solimy i przyprawiamy pieprzem.  Dodajemy również pora. Następnie wlewamy pomidory z puszki. Przepłukujemy wodą puszkę po pomidorach i również wlewamy ją do garnka. Następnie kroimy liście szpinaku i dodajemy do pozostałych warzyw.


Mieszamy wszystko razem i chwilę gotujemy. Następnie wlewamy do garnka wodę do pełna. Wrzucamy teraz ziemniaki oraz ząbek czosnku i czubek wiązki rozmarynu. Jeżeli mamy tzw. "dupkę" kończącego się parmezanu, również dobrze jest wrzucić ją do zupy na tym etapie. Zupę przykrywamy pokrywką i zostawiamy do zagotowania. Pozwalamy, żeby zupa się gotowała do czasu aż warzywa zmiękną i woda nam odparuje trochę (w tym celu zdejmujemy pokrywkę). W trakcie gotowania solimy zupę. Kiedy warzywa są już miękkie i ugotowane, zwiększamy ogień i do wrzącej zupy wrzucamy makaron casarecce lub ditalini, który ma nam się w niej ugotować, i fasolkę z puszki. 

Makaron casarecce

Ale uwaga, po wrzuceniu makaronu mieszamy zupę i zestawiamy ją z palnika. Garnek przykrywamy. Makaron dojdzie już na boku. Zupę serwujemy z posypanym po wierzchu parmezanem. Smacznego!

piątek, 15 listopada 2013

Co jedzą Japończycy, kiedy nie jedzą sushi? Rozmowa o kuchni japońskiej

W chłodny, deszczowy wtorek spotkałam się z moim znajomym Yoshim, z którym pracowaliśmy razem jako wolontariusze w Southwark Day Centre for Asylum Seekers. Usiedliśmy sobie w kawiarnianym ogródku, ponieważ zależało nam na tym, żeby podziwiać w czasie rozmowy sztuczny zbiornik wodny, jeden z wielu w Canada Water, gdzie mam przyjemność mieszkać. Niestety szalejący deszcz zagonił nas do środka i większość rozmowy przeprowadziliśmy, siedząc w oknie i zza szyby gapiąc się na wodę. Okazało się, że Yoshi jest rozmówcą idealnym, ponieważ o jedzeniu i kuchni swojego kraju, Japonii, mógłby opowiadać godzinami. Moja ekscytacja była tym większa, iż widziałam, że temat rozmowy kręcił go równie mocno, jak mnie. Wiedziałam, że Yoshi pracuje jako pomocnik w kuchni japońskiej restauracji w centrum Londynu, w dzielnicy Soho. Restauracja ta cieszy się dobrą opinią, mówi się, że serwowane tam sushi ma najwięcej wspólnego z tym, co Japończycy rozumieją przez to pojęcie, ponieważ właściciel restauracji zatrudnia tylko i wyłącznie rodowitych Japończyków. W naszej rozmowie wyszło, że oprócz doświadczenia profesjonalnego, Yoshi prywatnie lubi gotować i gotuje dla swoich znajomych potrawy kuchni japońskiej. Niektóre przepisy dostał od swojej babci, która ponoć wyśmienicie opanowała sztukę kulinarną. Zostaniemy zatem wprowadzeni w tajniki kuchni Japonii przez prawdziwego pasjonata i znawcę. Jesteście gotowi? Zaczynamy.

Nie tak dawno pisałam na temat śniadania w Polsce i w Anglii i wtedy dokładnie zdefiniowaliśmy sobie, co je na śniadanie Polak, a co Anglik (możecie o tym poczytać tutaj). Japończycy również jedzą śniadanie, owszem, około godziny 7-8 przed pójściem do pracy (niestety w rozmowie z Yoshim potwierdziło się, że Japończycy dużo i długo pracują). I również mają swoje sztandarowe Full Japanese Breakfast jako i Anglicy. Spożywają na śniadanie: miskę ryżu, zupę miso oraz rybę. Jedyne, co może tutaj się różnić, to składniki zupy miso, jednakże śniadanie dla nich zawsze musi występować w takiej właśnie konstelacji. Wypada mi tutaj od razu wytłumaczyć, z czego robi się zupę miso, bo zajmuje ona naprawdę ważne miejsce w kuchni japońskiej. Samo miso to nazwa pasty, której podstawę stanowią sfermentowane soja, ryż, jęczmień i sól. Oprócz miso pozostałymi składnikami zupy są: dashi, czyli bulion rybny, tofu, ryby, grzyby oraz wodorosty. To są składniki kanoniczne, można dodawać również inne w zależności od tego, co w danej porze roku jest dostępne. Japonia, podobnie jak Polska, ma dystynktywne 4 pory roku. Kiedy zapytałam Yoshiego o główne produkty i surowce wykorzystywane w kuchni japońskiej, wskazał właściwie te trzy wchodzące w skład typowego śniadania japońskiego, a więc: ryż, ryby i pastę miso.

Tradycyjne śniadanie japońskie
(zdjęcie pochodzi ze strony: http://thefoodulove.wordpress.com/2010/10/10/sunday-japanese-brunch/)


niedziela, 10 listopada 2013

Gorący kociołek pachnący rozmarynem

Moi Drodzy, nie jest do końca tak, że ja to nawet wodę na herbatę umiem przypalić. Dzisiaj udało mi się zrobić dla siebie pyszną kolację, nieznacznie tylko instruowaną radami mojego narzeczonego. Pozostajemy w temacie dań z fasolką, dań z wykorzystaniem kiełbasy chorizo oraz dań prostych i szybkich w wykonaniu, acz smacznych. Od czasu do czasu pojawią się dania trudniejsze, na przykład planowana przeze mnie od dłuższego czasu lazania. Ale póki co, będzie łatwo, lekko i przyjemnie ;-) Przedstawię przepis na danie, który wymyśliłam sama, bazując na składnikach, które akurat w domu były. Niektóre produkty zostały z gotowania potrawy pasta e fagioli, na którą przepis znajdziecie tutaj, więc jeśli próbowaliście ją przyrządzać, składniki na danie, które Wam teraz proponuję już macie. A proponuję gorący kociołek, bo tak się to profesjonalnie nazywa, czyli coś w rodzaju casserole, tylko że nie zapiekane, a gotowane. Kolejna potrawa idealna dla kulinarnych leniuchów lubiących smacznie zjeść (zresztą, kto nie lubi?).


Gorący kociołek z chorizo i czerwoną fasolą


Składniki na 2 porcje:


  • 1 ogromny ziemniak
  • 1 duża marchewka
  • 1 mała cebula
  • laska kiełbasy chorizo
  • ok. 180g fasolki czerwonej z puszki (wraz z wodą)
  • wiązka świeżego rozmarynu
  • pół papryczki chilli
  • papryka w proszku
  • sól i pieprz do smaku
  • 1l zimnej wody


Wykonanie:

Kroimy w półplastry kiełbasę chorizo i cebulę, ziemniaka w kostkę, marchew i chilli w plasterki. Wrzucamy kiełbasę do garnka z wiązką rozmarynu. Kiedy kiełbasa zacznie się smażyć w swoim tłuszczu, dorzucamy cebulę i mieszamy. Następnie dodajemy ziemniaka, marchew i chilli, solimy i mieszamy. Chwilę podsmażamy i zalewamy litrem wody. Przyprawiamy papryką w proszku i pieprzem i gotujemy na dużym ogniu cały czas. Kiedy całość nam się zagotuje, dodajemy czerwoną fasolę wraz z wodą, w której się znajdowała. Gotujemy do czasu, aż ziemniaki i marchew będą miękkie. Od czasu do czasu należy potrawę przemieszać. Spróbujmy też, czy nie potrzeba jej dosolić. Sami zdecydujmy o tym, jaką nasz kociołek ma mieć konsystencję. Jeśli wolimy formę zupy, wyłączamy gaz, jak tylko ziemniaki i marchewka zmiękną. Jeśli wolimy gęstą i bardziej suchą, gotujemy dłużej, na końcu jednak dość intensywnie mieszając, żeby nam się danie nie przypaliło. I gotowe. Mam nadzieję, że będzie Wam smakowało :-)

środa, 6 listopada 2013

Pasta e fagioli, czyli fasolka po włosku

Już dość dawno temu obiecałam, że niedługo przedstawię Wam przepis na danie z fasolką w roli głównej. Długo zwlekałam, ale oto i jest. Włosi, szczególnie na wsi, serwują sobie coś pomiędzy zupą a makaronem i nazywają to danie po prostu pasta e fagioli, czyli makaron i fasolki. W różnych regionach potrawa ta może się różnić nieznacznie. Moja wersja jest najbliższa terenom Ligurii. Chyba pierwszy raz w historii tego bloga przedstawię przepis na danie niewegetariańskie, aczkolwiek w bardzo prosty sposób można wyeliminować z przepisu mięso. Myślę, że niestety nieznacznie straci wtedy na walorach smakowych. Ja osobiście uważam, że danie jest przepyszne i bardzo zdrowe ze względu na wartości odżywcze fasoli oraz obecność warzyw. Uwielbiam wszelkiego rodzaju potrawy z fasolką. Z łezką w oku wspominam fasolkę po bretońsku mojej mamy. A tymczasem będzie fasolka po włosku jako całkiem niezły substytut :-)



Pasta e fagioli


Składniki na około 5 porcji:


  • 250g makaronu spaghetti (najodpowiedniejszy jest jednak makaron ditalini)
  • 250g suszonej fasoli (my wykorzystaliśmy fasolę pinto, ale można użyć też innej, niedużej fasoli, na temat odmian fasolki pisałam w tym poście. Można użyć fasoli z puszki, ale UWAGA, wówczas wrzucamy ją do garnka razem z makaronem, bo taka fasolka jest już ugotowana)
  • 1 cebula
  • 1 średniej wielkości marchewka
  • 2 ząbki czosnku
  • boczek lub mała laska hiszpańskiej kiełbasy chorizo (ok. 100g)
  • 1 gałązka rozmarynu
  • 1 puszka krojonych pomidorów
  • 3/4 małego garnka bulionu (z kostki lub naturalnego)
  • oliwa z oliwek
  • sól i pieprz do smaku
  • listek laurowy (opcjonalnie)
  • parmezan do starcia


Wykonanie:

Fasolkę namaczamy w wodzie przez noc. Siekamy cebulę, marchewkę, boczek (lub chorizo) i czosnek i wrzucamy je do garnka z oliwą z oliwek. Dodajemy rozmaryn (a także liść laurowy, jeśli mamy) i podsmażamy aż nabiorą ładnego koloru. Solimy i pieprzymy. Wrzucamy fasolkę. Mieszamy składniki ze sobą w garnku przez jakiś czas. Następnie dodajemy pomidory z puszki. Puszkę przepłukujemy wodą, ale tej wody nie wylewamy do zlewu, tylko do garnka z potrawą. Wszystko razem gotujemy, aż woda wyparuje. Dodajemy 3/4 garnka bulionu i gotujemy. Jest to dobry moment, żeby spróbować, czy nie trzeba dodać jeszcze soli lub pieprzu. Kiedy fasolka jest miękka, znaczy, że danie jest już prawie gotowe. Na koniec wrzucamy do niego połamane spaghetti i gotujemy do czasu, aż makaron się ugotuje. Pamiętajmy, że nie należy rozgotować makaronu za bardzo zgodnie z włoską zasadą, że makaron ma być al dente. Również z tego względu, że będziemy pewnie danie jeszcze odgrzewać i nie chcemy, aby zrobiła się nam papka. Kiedy makaron jest ugotowany, danie jest gotowe do serwowania. Konsystencja tego dania powinna być trochę gęstsza niż zupy, jak pisałam, powinno to być coś pomiędzy zupą a daniem z makaronu. Zdjęcie zrobiłam odgrzanemu daniu, można łatwo zauważyć, że jest naprawdę gęste, świeżo po ugotowaniu przypomina bardziej gęstą zupę. Ważna rzecz: kiedy danie znajduje się już na talerzu, należy posypać je zmielonym pieprzem, polać odrobinką oliwy z oliwek i zetrzeć na wierzch parmezan. Danie nabiera wówczas ciekawego smaku - smaku Południa. Życzę smacznego!

sobota, 26 października 2013

Penne z czosnkiem, oliwą i papryczką chilli - najłatwiejsze danie świata


         Chciałam Wam dzisiaj zaproponować zrobienie najprostszego dania, jakie w historii wymyślono (jeśli znacie coś łatwiejszego, szybko dajcie mi znać, będę miała pomysł w zanadrzu na wypadek nieobecności Fra). Będzie to danie kuchni włoskiej, wegetariańskie, a jakże, o wdzięcznej nazwie: penne aglio, olio e peperoncino. W tłumaczeniu będzie to makaron penne z czosnkiem, oliwą i papryczką chilli. Papryczka chilli jest tzw. must have w naszym domu. Uwielbiamy oboje ostry posmak, Fra czuje zawsze niedosyt i zawsze mu mało tej ostrości, ja jestem zadowolona, kiedy jest pikantnie, ale jeszcze obywa się bez potu i łez. Nasza miłość do chilli wyraziła się w tym, że Fra posadził kiedyś jej nasiona w doniczce i od tamtej pory, czerwca czy lipca bodajże, opiekujemy się naszą papryczką, która miała bardzo ciężki żywot. Przy wyprowadzce z poprzedniego mieszkania nasz współlokator utrącił jej jeden konarek i długo musiała dochodzić do siebie. Kiedy wyjechaliśmy na dwutygodniowe wakacje, zostawiając ją na zewnątrz na balkonie, deszcz i wiatr (czytaj: wspaniała brytyjska aura) wywróciły ją do góry nogami. Myślałam, że czas się pożegnać, ale ona i tym razem wychrapała się z kontuzji i wypuściła listki, a następnie małą papryczkę, która rośnie i rośnie i urosnąć nie może. Mamy nadzieję, że któregoś dnia wypuści więcej papryczek i że kiedyś wylądują na naszym talerzu. Ale, wracając do dzisiejszej propozycji, jeśli potrzebujecie coś szybko przekąsić, jednak lodówka nie przedstawia okazałego widoku, ten przepis jest dla Was. Polecam.



Penne z czosnkiem, oliwą i papryczką chilli


Składniki na 2 porcje:


  • makaron penne
  • oliwa z oliwek
  • 1 mała papryczka chilli
  • świeża, zielona pietruszka
  • 1 mała główka czosnku
  • parmezan (jest on dla tego dania naprawdę istotny)
  • sól do osolenia wody


Wykonanie:

Zastawiamy wodę na makaron i gotujemy go al dente. Kroimy czosnek na drobniutkie kawałeczki, podobnie pietruszkę i chilli. Na patelnię wlewamy dość sporo oliwy z oliwek, po rozgrzaniu oliwy wrzucamy na nią czosnek i pietruszkę do obsmażenia. Uważajmy, żeby ich nie spalić, a żeby tylko je podrumienić i żeby uwolniły swój smak i aromat do oliwy. Papryczkę chilli dodajemy na samym końcu, kiedy już wyłączymy ogień, ponieważ smażenie uwolniłoby słodkawy smak papryczki, zamiast ostrego. Pozwalamy papryczce obsmażyć się w gorącej, ale schładzającej się powoli oliwie. Kiedy to się stanie, zdejmujemy patelnię z gazu. Po ugotowaniu i odcedzeniu makaronu, łączymy z nim zawartość patelni. I serwujemy. Kiedy danie ląduje na talerzu, ważną czynnością jest starcie dużej ilości parmezanu na wierzch makaronu. Parmezan dodaje tej potrawie wyśmienitego smaku. Gotowe. Smacznego.

wtorek, 15 października 2013

Co nowego pojawi się na Rozmarynowym


Ostatnio dość dużo się przechwalałam na temat tego, że mam takie super nowe pomysły i że tu, na Rozmarynowym będzie jeszcze ciekawiej… Niniejszym oto uchylam rąbka tajemnicy i marketingowo chcę Was zachęcić do odwiedzania regularnie i polecania swoim znajomym mojego bloga, wszak wszyscy wiemy, że tzw. word of mouth jest najlepszą reklamą. Pomyślałam sobie, że chciałabym opublikować serię postów na temat kuchni różnych krajów i regionów. Teraz pewnie myślicie sobie: „Ale oryginalny temat wymyśliła… Jak będę chciał/a się dowiedzieć na temat kuchni jakiegoś kraju, sprawdzę przyjaciółkę wiki…”. Muszę się zatem obronić, że mam swoją wizję tych postów. Przedstawiam Wam moją metodologię. Chcę pisać na postawie świadectwa osoby, która w danym kraju się urodziła, wychowała, powzięła edukację, jeśli ma zastosowanie, i ma z krajem związki do dziś. Mam zamiar wybrać najprawdziwszych, rodowitych obywateli danego kraju lub regionu, spotkać się i przeprowadzić z nimi wywiad, czyli zawsze pytać o pewne stałe rzeczy, ale i pozwolić, żeby interesujące smaczki same wyszły w rozmowie. Będzie to zatem kuchnia x według y, że się tak matematycznie wyrażę. Kolejne moje założenie: będę wybierać osoby „świadome jedzeniowo i kulturowo” (no to stworzyłam nowe pojęcie…). Idealnie będą to osoby, które parają się na co dzień kucharzeniem, pracują w restauracjach lub, jak ja, pasjonują jedzeniem. Do tego celu wykorzystam moje obecne koneksje i układy oraz fakt, że mieszkam w multikulturowym mieście, w którym nie brakuje żadnej nacji ani grupy etnicznej. Mam już na myśli co najmniej 3 osoby, które są moimi dobrymi znajomymi, ale także zajmują się gotowaniem profesjonalnie. Umówiona jestem póki co z jedną z nich, aby wziąć na warsztat kuchnię pewnego kraju azjatyckiego. Niech pozostanie na razie niespodzianką od jakiego kraju zacznę ;-) Będę się starała albo wydębić od tych osób jakieś zdjęcia albo, na co po cichu liczę, namówić na ugotowanie dla mnie jakiejś narodowej potrawy, żebym sama mogła pstryknąć kilka fotek. Jeśli moi mili rozmówcy się zgodzą, będę umieszczać również ich zdjęcia, żeby autoryzacja wywiadu była pełna.

No i co sądzicie? Mam nadzieję, że zarażę Was entuzjazmem odkrywania nowych kultur poprzez ich kulturę jedzenia. Ja już przebieram nogami. W przyszłym tygodniu powinien ukazać się pierwszy post. A w międzyczasie będą inne, na inne tematy. Zapraszam serdecznie :-)

niedziela, 13 października 2013

Znane i mniej znane odmiany fasoli


Usłyszawszy, iż wybieram się do dużego supermarketu, moja druga połówka poprosiła mnie o zakupienie suszonej fasoli borlotti, którą używa się do wykonania zupy minestrone. Supermarket ów rzeczywiście jest duży i dlatego produkty typu suszona fasola, groch, soczewica i tym podobne znajdują się aż w 3 miejscach: w dziale ze zdrową suszoną żywnością, czyli razem z ziarnami i suszonymi owocami, oraz w 2 innych miejscach obszernej sekcji World food, bodajże przy jedzeniu indyjskim i afrykańskim. Spędziłam długą chwilę, studiując poszczególne paczuszki z suszonymi groszkami i fasolkami, borlotti jednak nie znalazłam. Owszem, ogólnie mieli ten rodzaj, ale tylko w puszce. Cała wyprawa zakończona fiaskiem natchnęła mnie jednak do zastanowienia się nad mnogością odmian roślin strączkowych, a konkretniej fasoli. A jak się zaczęłam zastanawiać, zaraz za tym poszedł research, no a teraz, kiedy piszę bloga, mogę się moją wiedzą z Wami podzielić. Od razu zaznaczę, że przy całej mojej skrupulatności, czytający mojego bloga biologowie mogą pewnie znaleźć jakieś uszczerbki w prezentowanym materiale. Nie będę się silić na wykład z systematyki roślin strączkowych. Chciałabym tylko usystematyzować moją wiedzę na temat spotykanych lub jedzonych najczęściej przeze mnie odmian fasolki. Myślę, że czytelnicy tego bloga również skorzystają i czegoś się dowiedzą. A przede wszystkim będą wiedzieć, jaki wachlarz możliwości mają do wykorzystania w kuchni. Będzie to wywód pisany z perspektywy polsko-londyńskiej. Jeśli ktoś uważa, że pominęłam jakąś ważną odmianę, zapraszam do komentowania. Jestem oczywiście świadoma, że pomijam wiele. Istnieje ponoć około 40 000 odmian fasoli, z czego może około 20 jest odmian jadalnych, ja wspomnę o 13 zaledwie z nich.

poniedziałek, 7 października 2013

Wegetariańska Casserole

Wczoraj rozpisywałam się na temat tego, co udało mi się zerwać na działkach w Hainault. Dziś mogę, z nieukrywaną radością i dumą, powiedzieć, że z tych warzyw udało się Franceskowi wyczarować przepyszny obiad. Obiecałam publikowanie przepisów na potrawy smaczne, proste i zdrowe, więc dotrzymuję słowa i prezentuję przepis na wegetariańskie danie typu casserole. Uwielbiam dania typu casserole (nazwa pochodzi od francuskiego słowa „garnek”, po polsku nazywamy tą potrawę bodajże „zapiekanka”), polegają na tym, że produkty wkładamy do naczynia żaroodpornego i zapiekamy wszystko razem w piekarniku, mając wówczas mnóstwo czasu dla siebie. Łatwe, a świetny efekt prawie że gwarantowany. Jedyna trudność tkwi w tym, żeby odpowiednio potrawę doprawić. Włoska lazania i grecka moussaka też są daniami typu casserole. Wracając do proponowanego przeze mnie dania, sezon na cukinię i paprykę jeszcze się nie skończył, zatem wykorzystajmy te warzywa sezonowe, póki są. Dla mięsożerców danie to może stanowić świetny dodatek do mięs, kotletów itp. zamiast tradycyjnych ziemniaków z wody. Samo przygotowanie jest dziecinnie proste, najwięcej czasu zajmuje czekanie, aż się potrawa upiecze, więc nawet niezbyt zaprawiony w bojach kucharz też może się śmiało podjąć tego wyzwania. Co do smaku, powiem tylko tyle, że zaczęłam poważnie rozważać przejście na wegetarianizm. Zresztą jak sami widzicie, mięso nie zajmuje jakiegoś znacznego procentu spożywanych przeze mnie produktów. No dobrze, dość już pisania, przejdźmy do konkretów.





Wegetariańska Casserole


Składniki na 2 porcje:


  • 1 średnia cukinia lub 2 małe (do tego dania użyte zostało pół ogromnej ekologicznej cukinii ;-) )
  • 1 papryka
  • 1 średnia cebula
  • 2 duże ziemniaki
  • 2 ząbki czosnku
  • bułka tarta
  • oliwa z oliwek
  • świeża lub ususzona szałwia
  • świeża bazylia
  • pieprz
  • sól
  • papryka w proszku (przyprawa)
  • majeranek
  • zalecam wkrojenie odrobiny chilli


Wykonanie:

Włączamy piekarnik na 200 stopni Celsjusza, ustawiając opcję podgrzewania od dołu. Przygotowujemy deskę do krojenia i na niej siekamy cukinię (jeśli jest mała wystarczy na plasterki, jeśli większa, plasterki przecinamy jeszcze na połowę), paprykę na półpaski, ziemniaki na grubsze talarki przecięte na połowę, cebulę w półplastry, a czosnek na drobne kawałeczki. Jeśli lubicie lekko pikantny smak, zalecam wkrojenie odrobiny małej papryczki chilli – naprawdę poprawia smak, ale wiem, że są osoby, które nie lubią ostrego jedzenia, dla tych osób lepiej będzie pominąć ten składnik. Wszystkie posiekane warzywa wrzucamy do naczynia żaroodpornego. Posypujemy solą (nie bójmy się dość obficie posypać), pieprzem, papryką w proszku oraz majerankiem. Dorzucamy listki szałwi i bazylii.



Na koniec posypujemy bułką tartą, skrapiamy oliwą z oliwek i dokładnie wszystko mieszamy. Wkładamy do piekarnika i zostawiamy w nim na godzinę (czas może ulec zmianie, po prostu wszystkie składniki muszą nam się ładnie upiec). Od czasu do czasu możemy przemieszać naszą potrawę. Kiedy wszystko jest miękkie i upieczone wyjmujemy casserole z piekarnika i serwujemy. I smacznego!

niedziela, 6 października 2013

Dzień Obfitości


Dzień okazał się słoneczny i ciepły, wprost idealny na wycieczkę i spędzanie czasu na łonie natury. Pojechałam dziś do ekologicznego ogrodu w północno-wschodnim Londynie, a dokładniej w Hainault, żeby uczestniczyć w evencie, o którym wspominałam w poprzednim poście. Zorganizowana tam impreza pod nazwą Dzień Obfitości miała na celu pochwalenie się bogatym tegorocznym zbiorem oraz promowanie żywności ekologicznej. Do kupienia były miód z tamtejszej pasieki, dżemy i przetwory zrobione z owoców i warzyw wyhodowanych na ich działkach, można było napić się soku ze świeżo wyciśniętych jabłek oraz dowiedzieć co nieco na temat leczniczych właściwości ziołowych herbat. Wszystko to w otoczeniu rosnących sobie spokojnie na grządkach warzyw. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że ludzkość w swoim rozwoju zatoczyła jakby krąg i zaczyna powracać do tego, co było. Zdaje się, że nasza ogólna kondycja jest dość kiepska, skoro musimy sobie przypominać, jak dobrze jest zjeść coś, co po prostu wyrosło z ziemi, w odpowiednim dla siebie tempie i na tyle, na ile było w stanie, i że to wszystko, co wyrosło z ziemi jest do naszego użytku i ma nam służyć. Skąd wynika nagły entuzjazm dla ekologicznych upraw, ogródków, działek, pasiek i farm?

piątek, 4 października 2013

Penne z suszonymi pomidorami i fetą

Spieszę czym prędzej zaoferować Wam przepis na przepyszne danie, którego zrobienie nie powinno zająć więcej niż 20 min. Jest to danie z makaronu, ale nie jest daniem stricte kuchni włoskiej, raczej śródziemnomorskiej ze względu na obecność sera feta, który jak wiemy pochodzi z Grecji. Nie będę się tutaj na temat fety rozpisywać, bo, wprost przeciwnie do halloumi, zyskała ona popularność w Polsce, a nawet parę polskich mleczarni zaczęło produkować coś fetopodobnego. Dzisiaj po raz pierwszy w ogóle spróbowałam takiego połączenia: ser feta i makaron. Byłam ciekawa, co z tego wyniknie, ale efekt końcowy mnie zachwycił bez dwóch zdań. Polecam Wam gorąco wypróbowanie tego przepisu i powiem już teraz, że dania z makaronem pojawią się na tym blogu jeszcze nie raz i nie dwa razy ;-) Zapamiętajcie zatem włoską (a jakże) technikę gotowania, a mianowicie bazowanie na czosnku (ewentualnie chili) obsmażonym na oliwie z oliwek. Taka oliwa aromatycznie pachnąca czosnkiem sama w sobie może stanowić świetny dodatek do makaronu, ale może być także bazą dla różnego rodzaju sosów.




Penne z suszonymi pomidorami i fetą


Składniki na 2 porcje:


  • 2 ząbki czosnku
  • pół małej papryczki chili (jeśli nie lubimy pikantnych potraw, można z niej zrezygnować, jednak zalecam, aby ją dodać do tego dania)
  • kilka suszonych pomidorów ze słoiczka (5-6)
  • 50g sera feta
  • 250g makaronu penne (lub innego rodzaju, który do tego dania pasuje)
  • świeża bazylia
  • oliwa z oliwek



Wykonanie:

Przygotujmy sobie deskę do krojenia, na której posiekamy drobno czosnek (jeśli mamy zamiar go później zjeść, jeśli nie, kroimy go na połowę i po obsmażeniu wyrzucamy z patelni) oraz papryczkę chili, suszone pomidory kroimy na mniejsze kawałki, a fetę w niedużą kostkę. Procedura taka sama, jak przy wielu innych daniach kuchni włoskiej. Na patelnię wlewamy trochę oliwy z oliwek, kiedy się nam rozgrzeje, wrzucamy na nią czosnek i chili. W międzyczasie zastawiamy garnek z wodą do ugotowania makaronu. Nie pozwólmy, żeby czosnek się nam za bardzo przypalił, on ma nam tylko uwolnić swój aromat do oliwy. Po jakimś czasie dodajemy do tego suszone pomidory i delikatnie obsmażamy, a na samym końcu ser feta, który ma się tylko „zapoznać” z pozostałymi składnikami. Po wymieszaniu zawartości patelni z fetą zestawiamy patelnię z gazu. Kiedy makaron jest już gotowy (co oceniamy, po prostu próbując, ma nie być bardzo miękki i rozgotowany), odcedzamy go na durszlaku i wrzucamy z powrotem do garnka, w którym się gotował i łączymy go z zawartością patelni. Całość mieszamy i serwujemy na talerze, posypując na koniec listkami świeżej bazylii. Szczerze mówię, palce lizać!

czwartek, 3 października 2013

Your 5 a day


Poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale zdaje mi się, że w Polsce hasło: „Your 5 a day”, co oznacza mniej więcej tyle, co „Twoje 5 porcji warzyw i owoców dziennie”, nie jest aż tak bardzo nagłośnione i popularne. Nie mówię, że jest w ogóle nieznane, po prostu mnie się ono jakoś o uszy i oczy nie obija, kiedy jestem w ojczyźnie, ani też nie obijało, kiedy w niej przez 29 lat z przerwami mieszkałam. Tutaj w Wielkiej Brytanii czuję się bombardowana tym moim „5 a day”… Na każdym opakowaniu produktu zawierającego warzywa lub/i owoce lub też z nich powstałego znajdziemy informację, ile z tych 5 porcji na dzień się w nim znajduje. Cała akcja wydaje się słuszna i warta propagowania, oby tylko nie podejść do niej z charakterystyczną dla niektórych nacji hiperskrupulatnością. Bo to, że trzeba jeść owoce i warzywa, wiemy nie od dziś. Anglicy też to wiedzieli wcześniej, ta wiedza znalazła nawet swoje odbicie w uroczym powiedzeniu: „An apple a day keeps the doctor away„. Tylko, że teraz zdaje się na Zachodzie odkryto złotą proporcję, która mówi, że to 5 porcji właśnie gwarantować nam będzie zdrowie i długie lata życia. Co do tego nie byłabym aż taka pewna. Ale zdaje się, że Brytyjczykom być może potrzebna jest tak zintensyfikowana kampania na temat tego, co należy jeść, ponieważ jako naród umiłowali sobie wszystko to, co jest na czarnej raczej liście produktów, jeśli chodzi o ich dobroczynny wpływ na nasze zdrowie. Hamburgery, frytki tonące w ketchupie, chipsy, smażony na głębokim tłuszczu kurczak za 2 funty – z tym jedzeniem najczęściej widuję na ulicach Londynu młodzież szkolną, taką w wieku gimnazjalnym. Kiedy pytałam dzieciaków, z którymi pracowałam w swojej poprzedniej pracy, jaki jest ich ulubiony posiłek, wszystkie odpowiadały, że kurczak, w domyśle ten właśnie za 2 funty z niezliczonych sieci typu PFC (Perfect Fried Chicken). Myślę, że te 2 funty też robią swoje, bo za sałatkę musimy zapłacić pewnie minimum 4 funty, bo nie wiedzieć czemu, mięso (?) jest tańsze od liści sałaty i warzyw.
Piszę o całej kampanii być może z rezerwą, ale muszę przyznać, że sama chyba uległam jej wpływowi. Ostatnimi czasy łapię się na tym, że zaczynam pod koniec dnia rozmyślać, ile z tych 5 porcji udało mi się skonsumować. Chciałam też wyrazić swoje stanowisko wyraźnie, uważam, że warzywa i owoce są superważnym elementem naszej diety i nie możemy zapominać o ich włączaniu do menu. Wierzę głęboko, że dieta ma znaczący wpływ na nasze zdrowie i samopoczucie. Ja osobiście staram się ograniczać ilość zjadanego mięsa na rzecz warzyw, nie od zawsze tak było, jednak w ostatnim czasie przyjęłam takie założenie. Uwielbiam owoce i warzywa i jestem przekonana, że można je przyrządzać na nieskończoną ilość sposobów. Piszę o tym również dlatego, że w niedzielę wybieram się na żniwa owocowo-warzywne do Forest Farm Peace Garden, jednego z wielu urbanistycznych ogrodów tutaj w Londynie, który uprawia warzywa i owoce w sposób ekologiczny. Impreza ta nazywa się bardzo ładnie – Dzień Obfitości (Abundance Day). Obiecuję zdać Wam relację i podzielić się swoimi wrażeniami z tego dnia.
A tymczasem, jeśli zafascynowaliście się metodą „Your 5 a day”, podaję linka do przewodnika z listą warzyw i owoców oraz zalecanymi dziennymi porcjami https://docs.google.com/file/d/0B6qiCIUv4KU0UmNsMkg3bWs0R1k/edit?usp=sharing. Co ciekawe, ziemniak nie wlicza się do tej listy, pamiętajcie ;-)

Zdjęcie pochodzi ze strony http://www.keepcalm-o-matic.co.uk/p/keep-calm-and-eat-your-5-a-day-9/

środa, 2 października 2013

Sałatka z serem halloumi i szparagami


Nie tak dawno zapytałam Fra, czy w naszym związku to ja mam zostać specjalistą od sałatek. Pytanie wynikało z faktu, że mój narzeczony nie często jakoś porywał się do robienia tegoż dania, a ja uwielbiam sałatki. Musiało to pobudzić go do pokazania mi, że w dziedzinie kulinariów to on będzie specjalistą, totalnym i od wszystkiego. Postanowiliśmy przyrządzić sobie kolację, której daniem głównym będzie pyszna i wyszukana sałatka właśnie. W pracy Fra obił się o uszy przepis, który zainspirował go do jego zmodyfikowania... Zmieniliśmy wspólnie kilka składników, upraszczając przede wszystkim sałatkę, która reprezentowała niesamowity miks smaków, co zdaje się być tutaj normalne. Zjednoczone Królestwo, a zwłaszcza Londyn jest miksem różnych nacji i kultur i ma to swoje przełożenie na kuchnię. Brytyjczycy mają tendencję do mieszania różnych produktów, które w pojedynkę może i są smaczne, ale zestawione razem już niekoniecznie. Zamiana rukoli na świeży szpinak w tym przepisie była moim pomysłem, co dumnie podkreślam, pomidorków koktajlowych na suszone pomidory i odjęcie kilku składników były pomysłem Fra. Panie i panowie, przedstawiam sałatkę z serem halloumi i szparagami. Dodam jeszcze tylko, że halloumi oryginalnie pochodzi z Cypru, aczkolwiek stał się bardzo popularny również w Grecji i na Bliskim Wschodzie. Ma lekko słonawy smak i wydaje charakterystyczne piski przy gryzieniu, podobnie jak nasz oscypek. Świetnie nadaje się na grilla. Zdaje się, że w Polsce jest niesamowicie drogi, co mnie trochę dziwi, tutaj w Wielkiej Brytanii kosztuje niewiele ponad 2 funty i stał się bardzo popularny, bo jest naprawdę przepyszny. Sprawdziłam również, że halloumi jest w Polsce dostępny w niektórych delikatesach oraz sklepach internetowych. W takim razie tym, którzy są w Polsce polecam tą sałatkę na specjalne okazje, na przykład na romantyczną kolację we dwoje, dlatego też podaję przepis na 2 porcje.




 

Składniki:


  • 250g sera halloumi
  • szparagi (300g)
  • suszone pomidory w oliwie (ok. 80g)
  • świeża bazylia
  • świeży szpinak (ok. 100g)
  • kilka pokruszonych lub pokrojonych orzechów laskowych
  • ocet balsamiczny
  • oliwa z oliwek
  • sól i pieprz




Wykonanie:

1. Zastawiamy wodę w garnku na gazie do zagotowania (ma nam posłużyć do blanszowania szparagów)
2. Szpinak wrzucamy do niedużej miski, solimy, pieprzymy, skrapiamy octem balsamicznym i oliwą z oliwek, mieszamy. Następnie kroimy go na mniejsze kawałki przy użyciu noża i widelca. Posypujemy szpinak orzechami laskowymi.
3. Odkrajamy dolną, grubszą część szparagów i kroimy je wzdłuż na połówki.
4. Kiedy woda w garnku zaczyna się gotować, wrzucamy do niej szparagi na 3 min. Po 3 minutach przerzucamy je na durszlak i przelewamy zimną wodą.
5. Szpinak przekładamy z miski na 2 przygotowane płaskie talerze i układamy na nim pomidory odsączone trochę z oliwy oraz szparagi.
6. Halloumi kroimy na 1cm grubości plasterki i opiekamy na patelni, najlepiej grillowej, a jeśli nie mamy takiej, na normalnej bez użycia tłuszczu, 30 sekund z każdej strony aż ser pięknie zbrązowieje.
7. Ser kładziemy na wierzchu na talerzach z pozostałymi składnikami.
8. Całość dekorujemy świeżą bazylią, spryskujemy delikatnie octem balsamicznym i podajemy. Smacznego!

niedziela, 29 września 2013

Ryż oto, czyli risotto!

Dzisiaj rozpracujemy temat risotto, w odpowiedzi na prośby moich, miejmy nadzieję, przyszłych czytelniczek. Risotto jest potrawą kuchni włoskiej. Podstawą tego dania jest odmiana ryżu, zwana arborio, która rośnie o dziwo nie w Chinach, a we Włoszech, niedaleko miejscowości Arborio w Piemoncie (północne Włochy) i stąd właśnie jej nazwa. Nie martwcie się zbytnio, ryż ten jest do kupienia także w Polsce, sprawdziłam. Znajdziecie go pod nazwą „ryż do risotto” lub „ryż arborio do risotto” (i wszystko jasne…). Wariacji na temat risotto zdaje się być nieskończenie wiele, Włosi przyrządzają tą potrawę z przeróżnymi składnikami, istnieje nawet truskawkowe risotto, choć nie próbowałam. Do moich ulubionych należy risotto z brokułami i niebieskim serem pleśniowym, risotto z gruszkami i gorgonzolą (przepis znajdziecie w tym poście), risotto warzywne i risotto z grzybami. Metoda wykonania tej potrawy jest również dość specyficzna i znacznie odbiega od naszych wyobrażeń na temat gotowania ryżu. Ale o tym zaraz się dowiecie, ponieważ pojawią się przez niektórych wyczekiwane przepisy ;-) Postanowiłam umieścić przepis na risotto z brokułami i niebieskim serem pleśniowym (na prośbę Karoliny) oraz risotto z grzybami i szafranem. Przepisy oba wydębiłam od najprawdziwszego Włocha z Genui, tudzież genueńczyka z Włoch – Francesco!




Risotto ai funghi e zafferano


(Po włosku nazwy dań brzmią bardziej poetycko)

Składniki:


  • 1 średnia cebula
  • 1/5 kostki masła
  • kilka świeżych grzybów (ok. 400g), idealnie prawdziwków, ale jeśli nie mamy ich akurat mogą być nawet pieczarki.
  • 2 ząbki czosnku
  • natka pietruszki
  • 1 opakowanie szafranu (ok. 0,12g)
  • 1 kostka rosołowa warzywna
  • ryż arborio – liczy się 2 pełne garści na osobę
  • oliwa z oliwek
  • sól
  • pieprz
  • parmezan (tarty lub w całości)


Wykonanie:

W jednym garnku przygotowujemy bulion, rozpuszczając 1 kostkę rosołową warzywną w wodzie (ok. ¾ litra). Jeżeli mamy wywar warzywny z naturalnych składników, jest oczywiście lepiej użyć naturalnego wywaru, opcja z kostki jest dobra, kiedy chcemy przyrządzić risotto szybciej. Kroimy cebulę w drobną kostkę. Do osobnego garnka wrzucamy masło i szklimy na nim cebulę aż będzie miała złotawy kolor. Następnie dodajemy do tego garnka ryż i przesmażamy go, mieszając z cebulą. Po minucie smażenia dolewamy do niego bulionu, ale tylko tyle, żeby przykryć ryż. Zniżamy gaz i pozwalamy się ryżowi gotować. Kroimy grzyby i natkę pietruszki. Na patelnię wrzucamy czosnek. Możemy go albo pokroić w drobniutką kostkę, jeżeli mamy zamiar go zjeść, albo przekroić tylko na połowę i po obsmażeniu usunąć z patelni. Następnie wrzucamy na patelnię grzyby, a po nich natkę pietruszki. Dodajemy sól i pieprz do smaku. Smażymy grzyby, mieszając na patelni. Łatwo rozpoznać, kiedy grzyby są gotowe, ponieważ w procesie smażenia tracą wodę i kurczą się. Zawartość patelni przerzucamy do gotującego się ryżu i dolewamy do tego jeszcze trochę bulionu, który zdążył nam już w międzyczasie wyparować, ale i tym razem również tylko tyle, żeby pokryć składniki gotujące się w garnku. Na koniec dodajemy szafran i mieszamy go z naszym risotto. Szafran nada naszemu daniu piękny żółty kolor. Na tym etapie musimy już tylko ocenić, czy ryż jest już ugotowany, po prostu go próbując. Jeżeli mamy za mało bulionu, a ryż nie jest jeszcze ugotowany, zawsze możemy uzupełnić jego zwartość, dolewając jeszcze trochę, nie przesadzajmy jednak z tym, bo koniec końców risotto ma być osuszone, a nie wodniste. Kiedy ryż jest ugotowany, wyłączamy gaz i serwujemy risotto, nie zapominając o posypaniu go startym parmezanem przed zjedzeniem ;-)




Risotto z brokułami i niebieskim serem pleśniowym



Składniki:

1 średnia cebula
1/5 kostki masła
kilka różyczek brokuła (ok. 7)
mały kawałek niebieskiego sera pleśniowego, najlepiej gorgonzoli lub duńskiego sera castello.
2 ząbki czosnku
1 kostka rosołowa warzywna
ryż arborio – liczy się 2 pełne garści na osobę
oliwa z oliwek
parmezan do starcia


Wykonanie:

To risotto wykonuje się dokładnie tak samo, jak poprzednie. Zamiast grzybów na patelni wysmażamy różyczki brokuła na oliwie z czosnkiem do momentu aż są w miarę miękkie i się rozpadną. Potem przerzucamy je do garnka z gotującym się ryżem i jeszcze chwilę wszystko razem gotujemy do momentu, kiedy ryż jest gotowy. Na sam koniec dodajemy porwane kawałki sera pleśniowego i mieszamy, żeby ser się ładnie rozpuścił. I gotowe. Smacznego!

sobota, 28 września 2013

Frittata, czyli omlet, o który biją się południowcy

Każdy z nas ma takie momenty, kiedy w żołądku zaczyna burczeć, a po zaglądnięciu do lodówki okazuje się, że zapomnieliśmy o zrobieniu zakupów. Proponuję dzisiaj danie, które dobrze nadaje się jako danie kryzysowe w takich właśnie chwilach. Ziemniaki, cebulę i jajka pewnie każdy zawsze w domu ma, nie są to jakieś wyrafinowane produkty, należą raczej do gatunku tych podstawowych, które magazynujemy w domu na tzw. „czarną godzinę”. Do dania, o którym mowa, przyznają się zarówno Włosi, jak i Hiszpanie, Włosi nazywając je frittatą, Hiszpanie tortillą (tortilla de patatas), Polacy nazwaliby je omletem. Przedstawiam zatem przepis na omlet z ziemniakami i cebulą, ale ponieważ z Włochami łączy mnie więcej, w dalszej części tego artykułu będę nazywać tą potrawę frittatą. Prosta w wykonaniu, a smaczna i efektownie wyglądająca, to powinno przekonać nawet tych niezbyt zapalonych kucharzy.



Frittata


Składniki:


  • 1 średniej wielkości cebula
  • kilka ziemniaków (zależy jakie duże, pokrojone w talarki mają się zmieścić na patelni o średnicy ok. 20 cm) 
  • 3 łyżki oliwy z oliwek
  • 5 jajek
  • sól i pieprz do smaku
  • opcjonalnie trochę startego parmezanu



Wykonanie:

Cebulę kroimy w półplasterki, a obrane ziemniaki w talarki. Rozgrzewamy patelnię z oliwą i wrzucamy na nią ziemniaki i cebulę. Smażymy dopóki ziemniaki staną się miękkie na mniejszym gazie pod przykrywką posypane solą i pieprzem do smaku. Ziemniaków nie podgotowujemy wcześniej, smażymy surowe. Rozbijamy jajka w osobnym naczyniu, roztrzepując je widelcem. Doprawiamy je również solą i pieprzem. Kiedy ziemniaki i cebula są gotowe, trzeba je przełożyć do naczynia z jajkami. Do całej mikstury można zetrzeć trochę parmezanu, smak będzie wtedy lepszy.



Podkręcamy wówczas gaz na większy i wylewamy wymieszaną całość z powrotem na patelnię. Uzbrój się w cierpliwość, bo frittata musi się dość długo smażyć, ponieważ jest gruba. Przewracamy ją, jak dół się już upiecze, przekładając na płaski talerz albo jakąś pokrywkę (to jest dość trudne, ale zazwyczaj się udaje). Czekamy aż upiecze się z drugiej strony i gotowe. Smacznego!

czwartek, 26 września 2013

Full Polish Breakfast?

Od ponad roku mieszkam w kraju, którego jedną z wizytówek i znaków rozpoznawczych jest pierwszy posiłek w ciągu dnia – śniadanie. Chyba każdy mniej więcej wie, jak wygląda tzw. full English breakfast. Wszystko, absolutnie wszystko, jest smażone, nawet świeży pomidor. Pełny zestaw składa się obowiązkowo z: kiełbaski, która różni się od polskiej tym, że jest doprawiana ziołami i bardziej przypomina naszą białą kiełbasę, którą wrzuca się do żurku, boczku w plasterkach, jajka sadzonego, fasolki w słodkawym sosie pomidorowym, pokrojonych pieczarek, hash browns, czyli trójkątnych placków ziemniaczanych, i wspomnianego pomidora. Alternatywne wersje zawierają frytki, jajecznicę lub black pudding, coś w rodzaju naszej kaszanki. Jeszcze raz przypomnę, wszystko to wysmażone. Podają to zwykle z toastem i masłem. Porcja tłuszczu, jaką przyjmujemy podczas śniadania wyczerpuje pewnie nasze miesięczne zapotrzebowanie. Około 900 kcal. Jednak posiłek ten stał się tak popularny, że w hotelach mamy do wyboru zazwyczaj tylko dwa warianty śniadań: kontynentalne (na słodko, czasem dodatkowo z serem i szynką) i właśnie angielskie. Interesujące jest to, że często można słyszeć argument, jakoby kuchnia polska nie była aż tak popularna na świecie ze względu na to, że jest tłusta i ciężka. Pozwolę sobie nie zgodzić się i wysunąć tezę, że chyba jednak czynnik ekonomiczny miał tu większe znaczenie…



Zaczęłam się zastanawiać, jak można byłoby zdefiniować „full Polish breakfast” i czy jest coś takiego, jak jedna sztandarowa wersja śniadania w Polsce. Doszłam do wniosku, że na pewno byłyby to po prostu kanapki: kanapka z szynką, kanapka z serem żółtym, jajkiem na twardo, pasztetem czy chleb posmarowany jakimś smarowidłem twarożkopodobnym z supermarketu, udekorowane pomidorem, ogórkiem lub ketchupem. I nie ma co tu się silić na oryginalność, kanapki są najpopularniejsze. Dla nas podstawą posiłku, jakim jest śniadanie, jest tzw. „chleb i do chleba”, jak mówiła często moja mama, kwitując jedną frazą całą listę zakupów. Do tego pijemy herbatę, Polacy jako chyba jedna z nielicznych nacji piją ją z cytryną lub sokiem i generalnie lubią ją na słodko.
Po dojściu do tych konkluzji zaczęłam robić research na ten temat i odkryłam ze zgrozą, że wyważałam otwarte drzwi, ponieważ przed Euro 2012 ogłoszono w Polsce sondę na temat tego, co Polacy uznaliby za typowe polskie śniadanie. Internauci wybrali 5 wariantów typowego śniadania polskiego:

1. twaróg z nowalijkami, szczypiorkiem i rzodkiewkami podawany z pieczywem;
2. ciepłe drożdżowe bułeczki z masłem, gęstym musem jabłkowym, miodem lub twarożkiem;
3. jajecznica ze szczypiorkiem na maśle;
4. talerz polskich wędlin, w którego skład wchodzą: szynka różowa, szynka biała, pasztetowa oraz kiełbasa wiejska;
5. jajko na miękko od kury zielononóżki kuropatwianej z masłem ubitym z mleka krowy polskiej nizinnej z odrobiną kamiennej soli z Wieliczki.




Chwali się internatom niezwykły zmysł marketingowy, bo wymyślenie takich określeń sprawiłoby trudność nawet specom od reklamy. Zgodzę się z wynikami sondy, nie powiem, aczkolwiek uważam je za zbyt wyrafinowane, a niektóre odpowiedzi za przesadzone. Odpowiedź numer 4 to nic innego jak moje kanapki! Tylko, że z samymi tylko wyrobami mięsnymi. Wariant numer 2, śmiem twierdzić, chyba nie jest często praktykowany. Wariant 5. jest grubo przesadzony, bo nieważne z jakiej kury, ważne, że na miękko, a także Polacy rzadko kiedy oglądają mleko polskiej krowy, nie wspominając już o robieniu z niego masła – wersja zbyt idylliczna, acz ładna. Najbardziej chyba prawdziwa jest odpowiedź: twarożek z rzodkiewką i jajecznica. Mama mojej najlepszej przyjaciółki i moja sąsiadka zarazem miała zwyczaj robić taki twarożek i dawać swojej córci do Krakowa, kiedy ta wyjeżdżała pobierać nauki na uniwersytecie. Pisząc tego posta, zapragnęłam tegoż właśnie i czym prędzej pobiegłam do Tesco, gdzie zakupiłam twaróg półtłusty z Łowicza, polski chleb słonecznikowy, rzodkiewkę, jogurt naturalny i szczypiorek (ostatnie trzy niestety już brytyjskie). Efekt podziwiać możecie na zdjęciu powyżej.
Przerabiając ten temat, nie można nie wspomnieć o przybyłych do nas z Zachodu płatkach, musli i owsiankach, które coraz więcej Polaków zajada na śniadanie. Ale czy to można w ogóle nazwać polskim? Zupy mleczne robiło się u nas na kolację, wierząc, że przed snem trzeba przekąsić coś lekkiego. Ja sama próbuję się zmusić, ale jakoś nie mogę. Lata spędzone pod czujnym okiem mojej mamy, dają o sobie teraz znać. Śniadanie na słodko nie jest tym, na co mam ochotę po przebudzeniu. Czasem jem owsiankę i czasem jem płatki, ale nie jest to mój ulubiony smak o poranku. Nic na to nie poradzę. Uważam, że jajko idealnie pasuje do klimatu poranka i lubię je w każdej odsłonie. Oczywiście wiem, że to wszystko kwestia upodobań, a nie narodowości, dlatego zapraszam do dyskusji na ten temat na Rozmarynowym Blogu.

wtorek, 24 września 2013

O czym będzie mowa...

Muszę chyba zacząć od motywów. Dlaczego postanowiłam pisać pięćsetny blog kulinarny? I jak to się stało, że postanowiłam? No a jeżeli tak, to dlaczego mój blog będzie inny?
Zawsze zazdrościłam ludziom ich talentów i pasji. Nie żebym sama nie miała, ale na pewno nie takie, które są widoczne i które owocują jakimś pięknym dziełem, jak obraz, piosenka czy cudownie wyrośnięte ciasto. Uwielbiam muzykę, film, sztukę, a nade wszystko podziwiam ludzi, którzy umieją dobrze gotować, bo ja nie jestem w tym dobra. Taka ironia losu. Zastanawiałam się, co jest moją pasją. Bo co prawda lubię czytać książki i lubię chodzić do kina, ale czy jest coś, co sprawia, że chcę rzucić wszystko i oddać się temu jednemu tylko zajęciu z wypiekami na policzkach? Odpowiedź przyszła niedawno. Może kiedy dobiegamy trzydziestki, zaczynamy określać siebie dokładniej? W każdym razie zauważyłam, że mam w swoich zbiorach mnóstwo zdjęć potraw, którymi się zachwyciłam, a że zmieniałam kilka razy otoczenie, znalazły się tam m.in. potrawy kuchni polskiej, włoskiej i angielskiej. Zaczęłam praktykować fotografowanie jedzenia i wrzucać moje zdjęcia na facebooka. Zauważyłam, że jest to coś, co naprawdę mnie „kręci”. Znalazło się też paru znajomych, którzy pochwalili, i zdjęcia i potrawy. Byli i tacy, którzy chcieli przepis. Umieszczałam zdjęcia potraw kuchni polskiej, przez moją mamę lub siostrę przygotowanych, smakołyków, których próbowałam, jeżdżąc po świecie, ale głównie chyba dań, które wykonał mój, od prawie dwóch tygodni, narzeczony, Francesco. I to on właśnie któregoś dnia rzucił pomysł, że powinnam zacząć pisać bloga i że on się poświęci i udostępni swoje, autorskie niekiedy, przepisy. Ja pisać? Hmm… No dobrze, ale w jakim języku? Od ponad roku funkcjonuję w dwóch przestrzeniach językowych z racji zamieszkiwania na Wyspach Brytyjskich. Jak słusznie zauważył mój narzeczony, jeśli będę pisać po polsku, zawężę sobie krąg odbiorców. Decyzja nie była łatwa. Koniec końców zdecydowałam się pisać po polsku, bo tylko w tym języku będę w stanie najakuratniej oddać swoje myśli bez konieczności gimnastykowania swojego już niemłodego mózgu. Mam mimo to nadzieję, że czytelnicy stworzą szeroki krąg.
Tak więc mój blog nie będzie typowym kulinarnym blogiem, na którym będę umieszczać przepisy na dane potrawy czy ciasta. Będzie przedstawiał świat widziany z mojej perspektywy przez pryzmat wspomnień smaków i zachwytów smakami. Będzie trochę o jedzeniu w kontekście kulturowym. Będę definiować oryginalność naszej kuchni ojczystej. Będzie dużo kuchni włoskiej. I każda inna kuchnia też będzie, jeśli się w moim życiu pojawi. A z racji mieszkania w wielokulturowej metropolii, jaką jest Londyn, na pewno się pojawi. Przepisy też będą. Ale jak już pewnie wyczuliście, wszystko to z wybitnie subiektywnej perspektywy. Mogę tak najogólniej powiedzieć, że tematem mojego bloga będzie jedzenie. Co mnie będzie odróżniać od innych blogerek kulinarnych? Na pewno to, że sama nie gotuję ;-) Nie umniejsza to jednak mojej pasji do jedzenia, i samej czynności i jej przedmiotu. Bo jedzenie też może być pasją. I może przynosić owoce. Takim owocem będzie ten blog.
Zapraszam wszystkich, czytajcie, komentujcie i polecajcie innym. Wszak wszyscy wiemy, choć się nie każdy umie przyznać, że jedzenie jest w samym centrum ludzkiej atencji. Dlatego myślę, że czytelnicy się znajdą ;-)